Living to Suffer

Rozdział 1513 min. lektury

Ponieważ znał dokładną datę swojej śmierci, uwielbiał liczyć dni swojej młodości. Licząc, marzył, aby nieuchwytny czas przekształcił się w namacalny almanach. W ten sposób mógłby sięgnąć po tę stronę, kiedy nikt nie patrzył, i ją wyrwać – stron było milion, miliard. Nikt nie zauważyłby, gdyby jakiejś brakowało, prawda?

Jednak z biegiem czasu, gdy zaczął dorastać, pewnego dnia nie chciał już być złodziejem czasu.

Nawet gdy ktoś powiedział mu, że zostały mu dwa miesiące i że będą to jego ostatnie dwa miesiące, tylko mruknął coś pod nosem i poszedł spać, nie mając ani jednego snu.

Niestety, jego głęboki sen został zakłócony. Zamrugał i otworzył oczy, by zobaczyć Shen Liangshenga stojącego przy łóżku – niewyraźną, białą postać w jego sennym polu widzenia.

– Qin Jing, idę już – powiedział mężczyzna beznamiętnie, pochylając się i lekko klepiąc go po policzku.

Zawinięty w kołdrę, z której wystawała tylko głowa, Qin Jing wyglądał jak kiełki fasoli luźno wetknięte w sajgonkę. Delikatne uderzenie sprawiło, że głowa opadła mu na bok, a usta wykrzyknęły niezdarną tyradę:

– Spójrz, która godzina… czemu nie pozwalasz mi spać…

Po tych słowach mężczyzna odszedł od łóżka i wyszedł ze skrzypnięciem drzwi. Powieki doktora dwukrotnie zderzyły się w walce, zanim ogłosiły rozejm i zjednoczyły się ponownie. Tym razem miał krótki, przelotny sen.

We śnie letnie słońce lśniło oślepiająco biało. W blasku widać było sylwetkę, wyblakłą od światła. Postać oddalała się coraz bardziej, lecz nadal ją widział, nawet gdy była wielkości czubka igły. Nie wiedział, do kogo należy ta sylwetka, ale zaczął się zastanawiać, czy powinien za nią pobiec.

Jednak następną rzeczą, jaką pamiętał, było to, że nie został po niej nawet ślad.

Kiedy się obudził, niebo było już skąpane w mroku. Qin Jing był wręcz zadowolony, że udało mu się przespać pierwszy dzień roku. Co do snu, nie pamiętał niczego.

Trzeciego dnia otrzymał od swojego shifu rutynowy list noworoczny. W poprzednich latach wysyłał mu noworoczne i wiosenne pozdrowienia za pomocą eleganckich znaków poetyckich, ale tym razem list był nie tylko obszerny, ale i napisany szyfrem, który rozumieli tylko oni. Qin Jing czuł udrękę na sam widok ciasno ułożonych kurzych zadrapań.

Włożył mnóstwo wysiłku w przetłumaczenie rękopisu na zrozumiały tekst. Znaczna część dotyczyła spraw służbowych: na dworze cesarskim poczyniono ustalenia, Huiming-tashi miał udzielić pomocy, a on miał nadzieję, że plan pchnięcia łodzi z nurtem się powiedzie. Wreszcie, ostatnie zdanie było nieco bardziej osobiste: “Hengsu, mój synu, w twoim towarzystwie życie twojego shifu wcale nie było takie samotne”.

Spójrzcie na tego starego dziada, wyśmiewał się w duszy Chin Ch’ing, nazywa mnie swoim synem, a siebie shifu. Facet musi być zniedołężniały!

Potem siedział przed listem przez całą noc. O świcie ziewnął i przetarł podrażnione oczy. Zamiast iść spać, spakował małą torbę, wynajął w mieście powóz i ruszył do Shaolin.

Huiming-tashi był młodszym uczniem Huishenga-tashi, który znał sytuację i gdy zobaczył Qin Jinga, przywitał się.

– Amitabha, nie powinieneś był przychodzić, Qin-shichu1.

Mimo że znajdował się na świętej ziemi, Qin Jing uśmiechnął się figlarnie. Odpowiedział, że wiedział, iż nie powinien był tu przychodzić, więc nie powiedział o tym swojemu shifu i poprosił go, żeby nie donosił.

Następnie dwaj mężczyźni zamknęli się w pokoju modlitewnym na prawie dwie godziny. Qin Jing powiedział, że nie powinien był przychodzić, ale mimo to chciał uczestniczyć w planie swojego shifu, polegającym na „pomocy łodzi”.

Huiming-tashi słuchał tylko w milczeniu, ale w końcu skinął głową na znak zgody. Recytując imię Amitabhy raz jeszcze, spuścił wzrok, trzymając w dłoni paciorki modlitewne.

– Qin-shichu, świat jest pełen niezliczonych powinowactw i trudno je zerwać. – Spojrzał w górę, jego słowa były ostre, a oczy życzliwe. – Świat jest pełen niezliczonych powinowactw, ale ty je zerwałeś.

Qin Jing wstał i odpowiedział uroczyście:

– Słowo „zerwać” samo w sobie ma wagę, więc ich wypowiedzenie stałoby się ciężarem. Chcę tylko podziękować za wyrażenie zgody.

Po kilku dniach pobytu Qin Jing w końcu zszedł z góry, dokonawszy wszystkich przygotowań.

W międzyczasie sekta Xing od dawna słyszała o ostatnich posunięciach Shaolin i znacznym wzmocnieniu obrony, co rzeczywiście było podejrzane.

– Shen-hufa, a może to jest w Pagodzie Skarbów? Czy to możliwe?

Zbliżała się data, a zastępca przywódcy udał się na odosobnienie, by oddać się kultywacji. Trzech z czterech tangchu poszukiwało zagubionych stron, pozostawiając jedynie Miao Jan i Shen Liangshenga do zarządzania sektą. Oczywiście nie mieli czasu myśleć o innych sprawach, więc nawet ich wzajemne relacje uległy zmianie.

– To, że drzewo ukrywa się w lesie, wcale nie jest niemożliwe.

– Cóż, myślę, że to podstęp. Założę się, że niczego bardziej nie pragną, niż tego, żebyśmy biegali w kółko wokół tej ich nędznej świątyni i nigdzie indziej nie zaglądali.

– Czy są jakieś wieści skądinąd?

– Cóż, nie.

– Pozostało tylko miesiąc do niebiańskiej daty. Nawet jeśli to podstęp, wymaga to zbadania, i to raczej prędzej niż później.

– Czy planujesz dziś wyjechać? Czy mam ci towarzyszyć?

– Starszy Fang i starszy Wu powinni mi towarzyszyć. Proszę, żeby Miao-tangchu została i opiekowała się sektą.

– Chyba żartujesz. Więc tym razem nie pracujesz sam? – Rzeczywiście, zgodzili się, że interesy są najważniejsze, ale ona nie mogła się powstrzymać od żartów. – Chyba wiesz, że chociaż twój kochany mały doktorek cię kiedyś uratował, nie zawsze może być przy tobie.

Shen Liangsheng rzucił jej spojrzenie, zanim wstał i wyszedł z sali. Dopiero przy wejściu odpowiedział.

– Zapomniałem wspomnieć, Miao-tangchu, że wypróbowaliśmy balsam. Przekazuję podziękowania od żony.

Miao Jan akurat napiła się herbaty i nie wiedziała, czy ją wypluć, czy połknąć. W końcu, uśmiechając się, odgoniła mężczyznę.

Choć starożytne, majestatyczne klasztory Shaolin z pewnością nie były nędznymi kapliczkami, które opisywała Miao Jan, Pagoda Skarbów, ukryta za licznymi świątyniami i salami, była dwupiętrową drewnianą konstrukcją, która z pozoru niczym się nie wyróżniała. Shen Liangsheng i dwaj towarzyszący mu starsi byli niezwykle zręczni i pod osłoną nocy posuwali się z wiatrem, a ich cienie zlewały się z powietrzem. Nawet najdelikatniejsze sieci nie były w stanie złapać czystego wiatru, dzięki czemu nikt nie został zaalarmowany przez całą podróż.

W pobliżu Pagody Skarbów nie znaleziono żadnych śladów mnichów walczących w zwarciu – być może ochrona była szczelna tylko na zewnątrz, a może to była pułapka.

Dopiero gdy zbliżył się na odległość trzydziestu stóp do pagody, ujawnił się obrońca – jego postać wyraźnie unosiła się w powietrzu, zamiast dotknąć ziemi. Ta przecząca logice zdolność zastygania w powietrzu była prawdziwie nadprzyrodzona.

Dwaj starsi rzeczywiście byli utalentowani, ale ostatecznie nie posiadali mantry, którą miał Shen Liangsheng. Nawet gdyby wyczuli niebezpieczeństwo, nie byliby w stanie uniknąć lądowania na ziemi. A gdy już to zrobili, świat wokół nich natychmiast się zmienił. Nie widzieli nawet ziemi pod stopami, nie mówiąc już o drewnianej pagodzie oddalonej o trzydzieści stóp. W górę, w dół, w lewo, w prawo – panował stan kompletnego chaosu, jakby Pangu2 nigdy się nie obudził, a niebiosa i ziemia nigdy nie zostały przez niego rozdzielone. Wszystko przed nimi stało się „puste”.

I choć Shen Liangsheng nie wylądował, on również został uwięziony przez formację. Spokojny i opanowany, nie szukał od razu wyjścia, lecz zamknął oczy i wczuł się w ruch formacji, aby odczytać jej strukturę.

– Tao rodzi jedno, jedno rodzi dwa, dwa rodzą trzy, a trzy wszystkie istoty3… – Wkrótce Shen Liangsheng otworzył oczy i zrobił trzy kroki naprzód. Zgodnie z oczekiwaniami, grad wszystkich ostrzy świata skierował się w jego stronę. – Co za śmiertelna pułapka.

Ponieważ był przygotowany, aktywował neigong jako obronę. Kiedyś Huisheng-tashi przebił się przez tę tarczę i zadał mu śmiertelny cios, ale jednocześnie pozbawił mnicha stu lat kultywacji. Burza ostrzy wydawała się nieograniczona, ale w starciu z jego tarczą stawała się zabójcza niczym pióra.

Twórca tej formacji najwyraźniej wiedział, że intruzów nie będzie tak łatwo odeprzeć, i gdy deszcz ostrzy ustał, nastąpił kolejny atak. Metal rodzi wodę, woda rodzi drewno – w jednej chwili świat zdawał się być pochłonięty przez fale, a w następnej ogromne kłody toczyły się w jego kierunku. Człowiek miał ograniczoną moc, a gdy się wyczerpie, zginie w pułapce.

Niestety dla obrońców, Shen Liangsheng nie był zwykłym człowiekiem. Po drugiej rundzie ataków żywiołem ognia dość dobrze rozumiał działanie formacji. Nie tylko czuł się pewnie, ale wręcz wydawała mu się znajoma.

– Qin Jing… – Gdy doszedł do tego wniosku, jego miecz wypadł z pochwy, a on nie uskoczył w bok, lecz prosto w sam środek formacji. Nawet on był zaskoczony brakiem furii. Zamiast tego, coś zupełnie innego przyszło mu do głowy – najwyraźniej mężczyzna nie był do końca pochłonięty tą dziewczyną i naprawdę dobrze opanował tę książkę.

– Ciekawe, co tym razem miałby do powiedzenia. – Centrum było trzonem całej formacji, a niebezpieczeństwo tylko się mnożyło, im dalej parł naprzód, ale wciąż mógł sobie pozwolić na rozważania: – Czy pozwoli mi znowu przebić się mieczem, jak ostatnio, i powie „zrozumiałem tę lekcję”, czy znajdzie jakąś głupią wymówkę? Qin Jing, naprawdę myślisz, że odpuściłbym to tak łatwo jak ostatnio? Czy naprawdę wierzysz, że nie zniósłbym odebrania ci życia? – Po tych słowach poczuł narastającą złość, ale w następnej chwili przypomniał sobie, co powiedział kiedyś mężczyzna: „Załóżmy, że nadejdzie dzień, w którym będziemy musieli stanąć twarzą w twarz jako śmiertelni wrogowie. Z pewnością tym, który umrze, będę ja, a tym, który przeżyje, będziesz ty” i z jakiegoś powodu złość ucichła równie szybko, jak się pojawiła.

– Gdybym wiedział, że wpakuje się w takie tarapaty, nigdy bym go nie zostawił samego w tej jego chacie. Zabrałbym go z powrotem do sekty i powierzył Miao Jan, wtedy nie byłoby tego wszystkiego!

Shen Liangsheng nie chciał zabierać Qin Jing z powrotem do sekty dla jego własnego dobra – do sekty Xing łatwiej było wejść, niż ją opuścić. Poprzednie pozyskiwanie ziół było już jednorazowym wydarzeniem, a teraz, gdy żal zapuścił korzenie, oznaczało to, że podświadomie podjął taką decyzję.

Mężczyzna miał rację. Nie mógł znieść myśli, że za coś takiego mógłby odebrać mu życie.

Centrum było zazwyczaj miejscem zapewniającym bezpieczeństwo twórcy, więc naturalne było, że obrona wokół niego była jeszcze bardziej zabójcza. Formacja Qin Jinga była jednak dość osobliwa. Centrum nie było już celem ataków i panowała tam jedynie niezmącona cisza.

Shen Liangsheng wkroczył w tę spokojną przestrzeń. Pustka nie była całkowicie czarna, lecz szara jak zmierzch jesiennego wieczoru. Wieczór był mglisty, lekko chłodny i wilgotny.

Słabo widoczna sylwetka wyróżniała się we mgle i z każdym krokiem stawała się coraz wyraźniejsza. W końcu ujawniła swoją formę i w tym momencie Shen Liangsheng uświadomił sobie, że wszystko było przeznaczeniem.

Całe jego życie było niczym innym, jak preludium do trzech zdarzeń – letniego deszczu, widoku atramentowych trzcin i jednego człowieka.

Aby uważne spojrzenie tego człowieka go odnalazło, aby jego ręka do niego dotarła i aby koła przeznaczenia wskoczyły na swoje miejsce.

– Qin Jing. – Shen Liangsheng wiedział, że w jego głosie nie słychać gniewu ani groźby i nie spodziewał się, że wystraszy mężczyznę, ale po długim czasie nie otrzymał żadnej odpowiedzi.

Zrobił jeszcze kilka kroków i dopiero wtedy zobaczył, że Qin Jing nigdy osobiście nie dowodził tą formacją. To, co widział, to były jedynie fałszywe kształty i miraże.

– Tym razem zniknął błyskawicznie… – Po raz pierwszy Shen-hufa nie wiedział, czy chce zmarszczyć brwi, czy się uśmiechnąć. Zatrzymał się przed postacią i wyciągnął lewą rękę. Rzeczywiście, jego palce bez śladu oporu przebiły się przez cienie.

Interes był interesem i musiał rozbić formację. Koniec z opóźnieniami. Przeciął postać mieczem, przepuszczając przez ostrze tylko ułamek mocy. Miraż roztrzaskał się w nicość.

Zniszczenie rdzenia spowodowało rozpad formacji. Ponownie zjednoczył się ze starszymi, naturalnie w odległości około dziewięciu metrów od pagody. Shen Liangsheng nie wydawał się szczególnie poruszony, ale jego towarzysze mieli tu i ówdzie kilka zadrapań.

– Witam, Shen-shichu.

Drzwi pagody otworzyły się i wyszedł z niej Huisheng-tashi, a za nim stała grupa kilkunastu mnichów, tworząc formację, która musiała przypominać niesławną Formację Osiemnastu Arhatów.

– Dziękuję ci, Huisheng-tashi, za cenną lekcję, którą mi dałeś ostatnim razem. – Z bronią zniszczenia w ręku, Shen Liangsheng był wciąż tak uprzejmy, że szczęki obu starców bolały od zaciskania. – To dla mnie szczęście w ciągu trzech żyć móc dziś ponownie otrzymać od ciebie tak cenną wiedzę.

– Jesteś zbyt skromny. Szczerze mówiąc, to, czego szukasz, z pewnością leży w moich rękach. Tylko że ten przedmiot dotyczy spraw o wiele ważniejszych i mam nadzieję, że powstrzymasz się od popełniania kolejnych krwawych grzechów dla dobra życia na ziemi.

– Przesadzasz. Pragnę tylko odzyskać to, co zostało utracone, ale ponieważ na to nie pozwolisz, będę musiał prosić o wybaczenie. – Gdy uniósł miecz, nad nim zgromadziła się aura śmierci, miażdżąc zbliżający się świt. – Zaczynajmy.


1. Shichu – tytuł używany przez mnichów w odniesieniu do osób wciąż żyjących w „śmiertelnym” świecie, dosłownie „dawca jałmużny”.
2. Pangu – w ludowych wierzeniach chińskich potężna istota, która stworzyła wszechświat. Wyłonił się z kosmicznego chaosu i oddzielił niebo od ziemi, tworząc w ten sposób świat.

3. Cytat z Tao Te Ching, klasycznego tekstu i fundamentalnego dzieła taoizmu, tradycyjnie przypisywanego mędrcowi Laozi.

Tłumaczenie: Ashi

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: