Mo Dao Zu Shi

Rozdział 72 – Lekkomyślność I34 min. lektury

Wieża Karpia.

Lan Xichen i Lan Wangji spacerowali wzdłuż niekończących się fal Iskier Pośród Śniegu.

Wykręcając nadgarstek, starszy z braci musnął jeden z białych kwiatów, który był w pełnym rozkwicie. Ten gest był tak delikatny, że nie spadła ani kropla rosy.

Wangji, czy coś cię trapi? Dlaczego jesteś taki spięty?

Oczywiście dla większości ludzi nie wyglądał wcale na bardziej „spiętego” niż zwykle. Mężczyzna potrząsnął głową. Kilka chwil później odparł niskim tonem:

Bracie, chcę zabrać kogoś do Zacisza Obłoków.

Zabrać kogoś do Zacisza Obłoków? – Lan Xichen był zaskoczony.

Lan Wangji przytaknął z zamyśloną miną.

Zabrać… i ukryć.

Oczy Lan Xichena natychmiast się rozszerzyły.

Odkąd zmarła ich matka, jego brat stopniowo coraz bardziej zamykał się w sobie. Zamykał się w pokoju całymi dniami, czytając, medytując, ćwicząc kaligrafię, grając na guqinie, kultywując i wychodząc tylko na nocne łowy. Nigdy zbyt wiele nie rozmawiał z nikim z wyjątkiem jego. To pierwszy raz, kiedy takie słowa wymknęły się z jego ust.

Ukryć?

Lan Wangji zmarszczył lekko brwi, dodając:

Jednak ta osoba nie jest chętna.

Nagle z naprzeciwka dobiegł ich gwar.

Czy tą drogą może chodzić ktoś taki jak ty?! Kto pozwolił ci się tutaj kręcić!

Przepraszam, to… – odparł młody głos.

Słysząc to, Lan Xichen i Lan Wangji jednocześnie spojrzeli w górę. Nieopodal muru z płaskorzeźbami stały dwie osoby. To Jin Zixun przed chwilą na kogoś nakrzyczał, a razem z nim obecnych było kilku służących i kultywatorów. Drugą osobą był ubrany na biało młodzieniec. Kiedy zobaczył Lanów, jego twarz natychmiast pobladła. Nie był w stanie nawet dokończyć tego, co chciał powiedzieć. Jin Zixun nie odpuszczał, lecz Jin Guangyao w samą porę przyszedł mu na ratunek.

Ścieżki w Wieży Karpia są dość zawiłe. To nie twoja wina, że się zgubiłeś, paniczu Su. Chodź ze mną.

Widząc, kto się pojawił, Jin Zixun tylko wykrzywił się i odszedł.

Ubrany na biało chłopak się zawahał.

Znasz mnie?

Oczywiście. – Jin Guangyao się uśmiechnął. – Dlaczego miałbym cię nie znać? Czy już się kiedyś nie spotkaliśmy? Panicz Su, Su Minshan, jesteś całkiem niezłym szermierzem. Od czasów łowów na górze Feniksa myślałem, że byłoby szkoda, gdyby taki młody talent nie przyszedł do naszej sekty. Jednak okazało się, że przyszedłeś. Słysząc tę wieść, nie mogłem powstrzymać radości. Chodź tędy.

Istniała niezliczona rzesza kultywatorów, którzy poszukiwali wsparcia poprzez sektę LanlingJin w ten sposób. Myślał, że niewielu go rozpozna, a tym bardziej się nie spodziewał, że Jin Guangyao aż tak dobrze będzie go pamiętał po krótkim spotkaniu. Su She natychmiast ulżyło. Przestał spoglądać na Lanów, bojąc się, że będą się z niego nabijać i poszedł za synem lidera sekty Jin.

W sali blasku Lan Xichen i Lan Wangji zostali usadzeni jeden po drugim. Kontynuowanie tutaj poprzedniej rozmowy nie było odpowiednie, więc młodszy z braci na powrót przywdział swoją mroźną maskę. Sekta GusuLan znana była z abstynencji, więc na ich stołach nie ustawiono czarek z winem. Zamiast tego dostali po filiżance herbaty i kilka świeżych, lekkich dań. Nikt też nie podszedł do nich, by zaproponować wzniesienie toastu, więc panował spokój.

Niestety nie trwało to długo. Mężczyzna w szatach z Iskrami Pośród Śniegu nagle do nich podszedł, trzymając po jednej czarce w każdej dłoni.

Liderze sekty Lan, Hanguang-jun, wypijmy za was!

Był to Jin Zixun, który od dłuższej chwili chodził po sali, wznosząc toasty. Jin Guangyao wiedział, że żaden z nich nie lubił alkoholu, więc natychmiast podszedł szybkim krokiem.

Zixun, Zewu-jun i Hanguang-jun wychowali się w Zaciszu Obłoków. Na ich kamiennej ścianie wyryto ponad trzy tysiące zasad. Zamiast prosić ich o wypicie, może…

Jin Zixun spojrzał na przyrodniego brata z pogardą. Zawsze uważał, że jego pochodzenie było marne i było mu wstyd, że ktoś taki należał do jego rodziny. Przerwał mu:

Sekty Jin i Lan zawsze były jak jedna rodzina. Wszyscy jesteśmy tacy sami. Moi bracia Lan, jeśli tego nie wypijecie, to uznam, że mną gardzicie!

Cóż za śmiałe posunięcie! – pochwaliło kilku jego popleczników.

Właśnie tak powinien się zachowywać szanowany kultywator!

Uśmiech nie schodził z twarzy Jin Guangyao, choć westchnął pod nosem, pocierając skronie. Lan Xichen wstał, chcąc grzecznie odmówić, jednak Zixun nie dawał za wygraną.

Nic nie mów. Liderze sekty Lan, nasze sekty nie są sobie obce. Nie traktuj mnie jak nieznajomego! Powiedz mi jedno. Pijesz czy nie?

Kąciki wykrzywionych w uśmiechu ust Jin Guangyao zaczęły drżeć. Spojrzał przepraszająco na Lan Xichena, próbując ponownie:

Po naszym spotkaniu planują wrócić na mieczach. Alkohol zapewne wpłynie na…

Jin Zixun się nie przejął.

Przecież nie upiją się taką małą ilością! Mógłbym latać nawet po wypiciu ośmiu wielkich słoi!

Dookoła rozległy się wiwaty. Lan Wangji wciąż siedział, patrząc chłodno na czarkę, którą postawił przed nim mężczyzna. Wyglądał, jakby miał zamiar się odezwać, kiedy nagle czyjaś dłoń chwyciła naczynie.

Lan Wangji zamarł z zaskoczenia, a jego zmarszczone brwi natychmiast się rozluźniły. Spojrzał w górę.

W jego źrenicach najpierw odbiły się czarne szaty. U pasa mężczyzny wisiał flet ozdobiony chwostem o barwie krwi. Uniósł głowę, opróżniając czarkę do dna i pokazując ją Jin Zixunowi.

Wypiłem za niego. Jesteś zadowolony? – Jego głos i oczy wypełnione były śmiechem, a przystojne rysy twarzy podkreślały szczupłą sylwetkę.

Panicz Wei – powiedział Lan Xichen.

Kiedy on przylazł?! – oznajmił ktoś stłumionym głosem.

Wei Wuxian odstawił naczynie i poprawił poły szaty.

Przed chwilą.

Przed chwilą? Jednak nikt nie oznajmił jego obecności ani go nie powitał. Zaskakujące było, że nikt nie zauważył, kiedy wśliznął się do pomieszczenia. Tłum nie mógł się powstrzymać przed dreszczem obrzydzenia na samą myśl o jego zdolnościach.

Jin Guangyao zareagował szybko, a jego entuzjazm zdawał się wrócić.

Nie byłem świadomy przybycia panicza Wei do Wieży Karpia. Brak powitania jest moją winą. Czy chciałbyś usiąść? Ach, racja, czy masz zaproszenie?

Wei Wuxian nie chciał wdawać się w zbędne rozmowy, więc przeszedł prosto do sedna:

Nie, dziękuję. Nie mam. – Przytaknął lekko w stronę Jin Zixuna. – Paniczu Jin, czy mógłbym zamienić z tobą słowo?

Jeśli masz mi coś do powiedzenia, to przyjdź po bankiecie.

W rzeczywistości wcale nie chciał z nim rozmawiać. Wei Wuxian także to zauważył.

Jak długo muszę czekać?

Prawdopodobnie sześć do ośmiu godzin. Albo dziesięć do dwunastu. Albo do jutra.

Obawiam się, że nie mogę tak długo czekać.

Będziesz musiał, nawet jeśli nie chcesz. – Głos Jin Zixuana wypełniony był arogancją.

Paniczu Wei, do czego potrzebujesz Zixuna? Czy to pilna sprawa? – zapytał Jin Guangyao.

Bardzo pilna. Nie pozwala nawet na chwilę zwłoki.

Jin Zixun odwrócił się do Lan Xichena, podsuwając mu drugą czarkę.

Liderze sekty Lan, proszę! Jeszcze nie wypiłeś!

Widząc, jak celowo zwleka, Wei Wuxian wyraźnie spochmurniał. Zmrużył oczy, a kąciki jego ust lekko się wygięły w górę

Dobrze. W takim razie powiem o tym tu i teraz. Paniczu Jin, czy słyszałeś o kimś, kto nazywa się Wen Ning?

Wen Ning? Skądże.

Z pewnością go pamiętasz. W zeszłym miesiącu, kiedy udałeś się na nocne łowy w okolice Ganquan, zagoniłeś ośmioskrzydlastego króla nietoperzy do obozu, w którym mieszkali pozostali przy życiu Wenowie. To on stał na czele grupy.

Po Kampanii Zestrzelenia Słońca sekta QishanWen została zniszczona, a ich ziemie podzielone między pozostałymi sektami. Region Ganquan przypadł LanlingJin. Wenowie, którzy przeżyli, zostali zagonieni na mały skrawek Qishan, niebędący nawet jedną tysięczną wcześniej posiadanego przez nich terytorium. Każdego dnia walczyli o przeżycie.

Nie pamiętam oznacza nie pamiętam. Nie nudzi mi się aż tak bardzo, by pamiętać imię jakiegoś kundla.

Dobrze. Nie mam nic przeciwko opowiedzeniu reszty historii. Nie mogłeś złapać nietoperza, ale przypadkiem wpadłeś na grupę Wenów, którzy także go szukali. Zagroziłeś, że rozkażesz im biegać z flagami przyciągającymi zło, by stali się żywą przynętą. Nie śmieli tego zrobić. Jedna osoba wyszła na przód, by przemówić ci do rozsądku. To właśnie był Wen Ning. Ze względu na zwłokę nietoperzowi udało się uciec, więc pobiłeś Wenów i ich stamtąd zabrałeś. Wciąż nie wrócili do obozu. Nie mam pojęcia, kogo miałbym o nich pytać, jak nie ciebie.

Wei Wuxian, co masz na myśli? Przyszedłeś po niego? Chyba nie bronisz skundlonego Wena, co?

Ubrany na czarno mężczyzna uśmiechnął się szeroko.

Od kiedy to twoja sprawa, za kim się wstawiam, a komu odcinam głowę? Po prostu mi go oddaj!

Po ostatnim zdaniu uśmiech zniknął z jego twarzy, a ton oziębł. Wyraźnie było widać, że stracił cierpliwość. Wielu obecnych zadrżało ze strachu, a Jin Zixun poczuł, jak świerzbi go kark. Jednak złość wygrała, więc krzyknął:

Wei Wuxian, jesteś zbyt zuchwały! Czy sekta LanlingJin cię dzisiaj zaprosiła? I jeszcze śmiesz tak się tutaj panoszyć! Naprawdę uważasz, że jesteś niezwyciężony i nikt nie odważy ci się przeciwstawić? Pragniesz obalić Niebiosa?

Porównujesz się do Niebios? Wybacz, że tak to ujmę, ale twoja skóra jest trochę zbyt gruba, nie sądzisz?

Choć w głębi serca Jin Zixun już zaczął uważać LanlingJin za twór niebiański, to wiedział, że jego słowa były zbyt pochopne. Zarumienił się lekko. Już miał coś odpowiedzieć, kiedy odezwał się siedzący na samym środku Jin Guangshan.

To nie jest nic ważnego. – Jego głos brzmiał dobrodusznie. – Dlaczego młodzieńcy zawsze kłócą się o takie rzeczy? Jednak paniczu Wei, będę sprawiedliwy. Wdarcie się, kiedy LanlingJin organizuje prywatny bankiet, naprawdę jest nieodpowiednie.

Niemożliwe było powiedzenie, że Jin Guangshan nie przejmował się tym, co zdarzyło się na górze Feniksa. Właśnie dlatego też tylko się uśmiechał, gdy Jin Zixun sprzeczał się z Wei Wuxianem, zabierając głos, dopiero gdy jego siostrzeniec wyraźnie znalazł się na przegranej pozycji.

Wei Wuxian przytaknął.

Liderze sekty Jin, nie miałem zamiaru zakłócić tej prywatnej uroczystości. Przepraszam. Jednak lokalizacja pojmanych przez panicza Jin osób wciąż jest nieznana. Chwila zwłoki i będzie za późno. Jeden z nich niegdyś mnie ocalił, więc nie mam zamiaru siedzieć i się przyglądać. Lecz proszę nie czuć presji. Z pewnością w przyszłości się zrehabilituję.

Tak czy siak, ta sprawa będzie musiała trochę zaczekać. Chodź, najpierw z nami usiądź. Porozmawiajmy na spokojnie.

Jin Guangyao w trakcie zamieszania zdążył bezdźwięcznie przygotować miejsce dla gościa.

Dziękuję, liderze sekty Jin, ale nie zostanę długo. Ta sprawa nie może czekać. Proszę, załatwmy to jak najszybciej.

Nie ma po co się spieszyć. Skoro o tym mowa, to rzeczywiście jest między nami parę rachunków, które nie zostały wyrównane i nie możemy dłużej zwlekać. Skoro tutaj jesteś, to może wykorzystamy tę okazję, by to załatwić?

Co załatwić? – Wei Wuxian uniósł brew.

Paniczu Wei, już kilka razy o tym wspominaliśmy. Nie zapomniałeś, prawda? Podczas Kampanii Zestrzelenia Słońca używałeś pewnego przedmiotu.

Och, rzeczywiście o tym wspominaliście. Amulet tygrysa stygijskiego?

Krążą pogłoski, że amulet tygrysa stygijskiego został wykuty z żelaznego miecza, który znalazłeś w jaskini Żółwia Zagłady. Użyłeś go raz podczas bitwy. Jego moc była przerażająca i nawet kilku naszych kultywatorów wpadło w jej sidła…

Przejdź do sedna – przerwał mu Wei Wuxian.

O tym mówię. W trakcie bitwy nie tylko Wenowie ponieśli straty, ale my także. Moim zdaniem ciężko zapanować nad taką bronią. Fakt, że znajduje się w rękach jednej osoby, jest…

Wei Wuxian zaczął się śmiać, zanim mężczyzna w ogóle skończył mówić.

Liderze sekty Jin, zapytam cię o coś. Czy uważasz, że skoro nie ma już QishanWen, to LanlingJin ma prawo ich zastąpić?

Wszyscy zamilkli.

Czy wszystko musi ci zostać oddane? – dodał Wei Wuxian. – Każdy ma się ciebie słuchać? Widząc, jak postępuje LanlingJin, przez chwilę miałem wrażenie, że odrodziło się imperium Wenów.

Słysząc to, na kwadratowej twarzy Jin Guangshana błysnęły złość i zażenowanie. Po Kampanii Zestrzelenia Słońca na nowo rozgorzała krytyka ścieżki kultywacji obranej przez Wei Wuxiana. Wspomniał o amulecie tygrysa stygijskiego, by zagrozić chłopakowi i przypomnieć mu, że wciąż coś na niego mieli i inni wciąż obserwowali każdy jego ruch, więc nie powinien być tak śmiały, by wywyższać się ponad LanlingJin. Nikt się nie spodziewał, że odpowiedź Wei Wuxiana będzie tak dosadna. Choć Jin Guangshan od dawna myślał o zastąpieniu Wenów, to nikt nie śmiał tak odważnie o tym wspomnieć i jeszcze przy okazji go wykpić.

Wei Wuxian, uważaj, co mówisz! – krzyknął siedzący po jego prawej kultywator.

Powiedziałem coś nie tak? Zmuszanie ludzi do bycia przynętą i bicie ich, gdy odmówią wykonania rozkazu… Czy to się czymś różni od poczynań QishanWen?

Wstał kolejny kultywator.

Oczywiście, że tak. Wenowie narobili wiele zła, więc taki koniec im się należy. My tylko zemściliśmy się ząb za ząb, pozwalając im spać na posłaniu, które sami sobie zaścielili. Co w tym jest złego?

Mścij się na tych, którzy cię pogryźli. Rodzina Wen Ninga nie ma krwi na rękach. Nie mów, że uważasz ich za winnych ze względu na nazwisko?

Paniczu Wei, nie mają krwi na rękach, bo ty tak mówisz? To tylko twoje zdanie. Gdzie dowody?

A wy uważacie, że zabili niewinnych. Czy to także nie są tylko wasze opinie? Czy to nie wy powinniście jako pierwsi okazać dowodów? Dlaczego to mnie o nie prosicie?

Kultywator potrząsnął głową, a jego mina jasno wyrażała „nie da się do niego przemówić”. Ktoś inny zakpił:

Kiedy Wenowie mordowali naszych ludzi, to byli tysiąc razy bardziej okrutni od tego! Nie traktowali nas sprawiedliwie i moralnie, więc dlaczego my mielibyśmy ich tak traktować?

Och, czyli skoro Wenowie popełnili wiele zbrodni, to każdy Wen może być zabity? To nie tak, prawda? W końcu wielu klanom, które uciekły od Wenów, teraz bardzo dobrze się powodzi. Czy nawet na tej sali nie ma kilku przywódców sekt, które wcześniej znajdowały się pod ich skrzydłami? – Mężczyźni pobledli, kiedy zauważyli, że zostali rozpoznani. Wei Wuxian kontynuował: – Skoro można się wyżyć na każdym Wenie, nawet jeśli jest niewinny, to chyba będzie w porządku, jeśli teraz ich wszystkich wymorduję?

Nie skończył nawet mówić, kiedy oparł dłoń na przywiązanym do talii Chenqingu. Wyglądało tak, jakby ten czyn rozbudził w obecnych niechciane wspomnienia, zabierając ich na pole bitwy, gdzie niebo zakrywał czarny dym, a ziemię sterty trupów. Wszyscy natychmiast wstali z miejsc.

Wei Ying! – powiedział niskim głosem Lan Wangji.

Jin Guangyao stał najbliżej Wei Wuxiana, ale udało mu się zachować spokój. Łagodnym tonem powiedział:

Paniczu Wei, proszę, nie przesadzaj. Wciąż możemy to przedyskutować.

Jin Guangshan także wstał, a jego twarz wyrażała połączenie szoku, złości, strachu i nienawiści.

Wei Wuxian! Nie możesz być tak lekkomyślny… tylko dlatego, że nie ma z nami lidera sekty Jiang!

Myślisz, że zachowałbym się inaczej, gdyby tu był? – odparł ostro Wei Wuxian. – Gdybym chciał kogoś zabić, to kto mógłby i śmiałby mnie powstrzymać?!

Wei Ying, odłóż Chenqing – powiedział Lan Wangji, cedząc każde słowo.

Wei Wuxian spojrzał na niego. W parze jasnych jak szkło oczu zobaczył swoje własne ohydne odbicie. Odwrócił się, krzycząc:

Jin Zixun!

Zixun! – powtórzył za nim Jin Guangshan.

Skończcie z tymi bzdurami. Zapewne każdy wie, że moja cierpliwość ma swoje granice. Gdzie on jest? Zmarnowałem na ciebie tyle czasu, że policzę do trzech. Jeden!

Jin Zixun chciał zaprotestować, ale widząc minę Jin Guangshana, jego serce zadrżało.

Dwa! – kontynuował Wei Wuxian.

…Dobra! Dobra! – krzyknął w końcu Jin Zixun. – To tylko kilka kundli. Zabierz ich, jeśli chcesz. Nie będę się z tobą dłużej wygłupiał! Znajdziesz ich na przełęczy Qiongqi!

Trzeba było tak od razu. – Wei Wuxian zaśmiał się zimno.

Przyszedł jak powiew wiatru i tak samo odszedł. Kiedy jego postać w końcu zniknęła, wszyscy natychmiast się uspokoili, a większość z powrotem usiadła na swoje miejsca. Zdążył oblać ich zimny pot. Jin Guangshan, który stał z beznamiętną miną, w końcu stracił nad sobą panowanie i kopnął swój stolik. Złote talerze i srebrne tace roztrzaskały się na stopniach.

Ojcz… – zaczął mówić Jin Guangyao, widząc jego niezadowolenie, lecz lider sekty Jin odszedł, zanim skończył.

Jin Zixun także czuł, że odpuszczając, ośmieszył się przed wszystkimi. Ze złości i nienawiści również chciał opuścić salę.

Jin Zixunie! – zawołał Jin Guangshan.

Mężczyzna prawie wpadł w szał. Bez zastanowienia chlusnął winem, które przyniósł dla Lan Xichena. Czerwień natychmiast rozkwitła na wyhaftowanej piwonii, brudząc szaty Jin Guangyao. Było to bardzo żenujące, lecz w sali panował taki chaos, że i tak nikt nie przejął się tym brakiem dobrego wychowania.

Bracie! – Jedynie Lan Xichen zareagował.

Nic się nie stało. Bracie, proszę, zostań na miejscu.

Skomentowanie zachowania Jin Zixuna przez lidera sekty Lan byłoby nieodpowiednie, więc mężczyzna podał mu tylko śnieżnobiałą chustkę.

Lepiej idź się przebrać.

Jin Guangyao przyjął chusteczkę, wycierając wino i wymuszając uśmiech.

Nie mogę pójść, prawda?

Tylko on pozostał, by posprzątać ten bałagan. Jak mógłby teraz pójść? Zmęczony uspokoił tłum.

Panicz Wei jest zbyt impulsywny. Jak mógł powiedzieć coś takiego przed tyloma sektami?

A mylił się? – odparł chłodno Lan Wangji.

Jin Guangyao zamarł prawie niezauważalnie i natychmiast się zaśmiał.

Haha! Tak, miał rację. Jednak to właśnie dlatego nie powinien był tego przy nich mówić, prawda?

Lan Xichen wyglądał na zamyślonego.

Panicz Wei naprawdę się zmienił.

Ból błysnął w jasnych oczach Lan Wangjiego, kiedy usłyszał te słowa.

***

Po opuszczeniu Wieży Karpia Wei Wuxian zagłębił się w labiryncie alejek, aż w końcu dotarł na miejsce.

Wiem, gdzie jest. Chodźmy.

Wen Qing siedziała jak na szpilkach. Gdy tylko go usłyszała, natychmiast wybiegła z ukrycia. Jej ciało wciąż było osłabione i kręciło się jej w głowie, przez co się potknęła. Wei Wuxian pomógł jej zachować równowagę.

Mogę cię zabrać w bezpieczne miejsce, byś odpoczęła. To żaden problem, bym poszedł sam. Na pewno uwolnię Wen Ninga.

Nie! Nie! Pójdę, muszę pójść! – krzyknęła Wen Qing, trzymając się go kurczowo.

Gdy zaginął Wen Ning, przybiegła całą drogę z Qishan do Yunmeng prawie bez przerwy. Od wielu dni nie zamknęła oczu. Kiedy tylko zobaczyła Wei Wuxiana, błagała go i nalegała jak szalona. Wyglądała jak cień, ze swoimi bladymi ustami i pustym wzrokiem. Wei Wuxian miał wrażenie, że dłużej nie wytrzyma, ale nie było czasu na odpoczynek, więc kupił jej na drogę kilka ciepłych bułeczek. Była świadoma swojej słabości i że jedzenie doda jej sił. Z potarganymi włosami i zaczerwienionymi oczami wgryzła się w bułkę. Ten widok przywołał niechciane wspomnienia z czasów ucieczki jego i Jiang Chenga.

To w porządku. Na pewno z nim wrócę – obiecał ponownie.

Wen Qing jadła, łkając.

Wiedziałam, że nie powinnam była odejść… Ale nie miałam wyboru. Zmusili mnie, bym poszła do innego miasta. Kiedy wróciłam, to nie było Wen Ninga i pozostałych! Wiedziałam, że nie powinnam była go zostawiać!

Nic mu nie będzie.

Będzie! A-Ning od dziecka był lękliwy, ostrożny i nieśmiały. Nie miał nawet odwagi, by zatrudnić paru pewniejszych siebie ludzi. Wszyscy są jak przerażone myszki! Nie wie, co zrobić sytuacji awaryjnej, kiedy mnie tam nie ma!

Kiedy Wei Wuxian z Jiang Chengiem na plecach żegnał się z Wen Qing, to ta powiedziała: „Od teraz jesteśmy kwita, nieważne, jak dalej potoczy się ta wojna”.

Wciąż widział w pamięci jej dumne oblicze. Jednak zeszłej nocy nie chciała puścić jego dłoni, prawie przed nim klęcząc, kiedy błagała: „Wei Wuxian, Wei Wuxian, paniczu Wei, proszę, pomóż mi. Nie ma nikogo innego, do kogo mogłabym się zwrócić. Musisz pomóc mi znaleźć A-Ninga! Tylko ciebie mogę o to poprosić!”.

Nie pozostało nic z jej pierwotnej dumy.

Przełęcz Qiongqi była antyczną przełęczą, która biegła pomiędzy dwoma szczytami górskimi. Według legend to tutaj założyciel sekty Qishan Wen, Wen Mao, zyskał sławę dzięki jednej bitwie. Setki lat temu walczył tu z niebiańską bestią przez osiemdziesiąt jeden dni, ostatecznie zadając jej śmiertelny cios. Tą mityczną istotą był Qiongqi, bestia chaosu znana z tego, że karała dobro, a chwaliła zło, pożerała lojalnych i prawych, a nagradzała podłych. Oczywiście niemożliwe było ustalenie, czy ta legenda była prawdą, czy może kolejni liderzy sekty QishanWen trochę ją podkolorowali.

Setki lat później miejsce to zamieniło się z jamy zła w malowniczy krajobraz. Po Kampanii Zestrzelenia Słońca, gdy sekty podzieliły się ziemiami Wenów, przełęcz Qiongqi przydzielono LanlingJin. Pierwotnie w górskich ścianach wyryto historie z życia Wen Mao, lecz Jinowie nie mogli pozwolić istnieć tej chwalebnej przeszłości. Całość była w trakcie rekonstrukcji, co oznaczało, że wszystkie płaskorzeźby zostaną zdarte, a w ich miejscu wykute nowe. W końcu nazwa przełęczy zostanie zmieniona, by jak najlepiej odzwierciedlić odwagę LanlingJin.

Tak duże przedsięwzięcie wymagało wielu robotników. A skoro o nich mowa, to oczywiście nie było lepszych kandydatów od pojmanych podczas wojny jeńców, którzy po Kampanii Zestrzelenia Słońca stali się bezdomnymi psami.

Była już noc, kiedy dotarli do przełęczy Qiongqi. Zimne nici deszczu drżały w powietrzu na tle czarnej kurtyny zmroku. Krok za krokiem Wen Qing podążała ze Wei Wuxianem, drżąc jakby przemarzła aż do duszy. Mężczyzna musiał jej co chwilę pomagać, by się nie przewróciła. Tuż przed przełęczą znajdował się rząd chat wybudowanych tymczasowo dla jeńców. Prowadząc Wen Qing, z daleka zobaczył starą, pochyloną postać. Otulona przez deszcz szła powoli, niosąc wielką flagę. Kiedy się zbliżyła, okazało się, że była to stara kobieta. Na plecach miała przywiązane szmatami dziecko, którego cała uwaga skupiona była na memlaniu własnych palców. Chodzili w tę i z powrotem w poprzek drogi. Najwyraźniej było jej ciężko, bo zatrzymywała się co kilka kroków.

Widząc ją, Wen Qing z zaczerwienionymi oczami krzyknęła:

Babciu! To ja!

Kobieta prawdopodobnie miała problemy ze słuchem i wzrokiem. Nie wiedziała, kto coś do niej powiedział. Była jedynie pewna, że ktoś się zbliżał i na nią krzyczał. Szybko znowu podniosła flagę, a jej twarz wyrażała przerażenie, jakby się bała, że oberwie się jej za odpoczynek.

Wen Qing podbiegła, zabierając jej flagę z ręki.

Co to takiego? Co robisz?

Na materiale namalowane było godło QishanWen, jednak ktoś nakreślił na nim krzyż w barwie krwi. Oprócz tego flaga była cała poszarpana. Po zakończeniu Kampanii Zestrzelenia Słońca wielu ludzi zostało nazwanych „skundlonymi niedobitkami Wenów” i torturowano ich na wiele sposobów, nazywając to nawet czasami autorefleksją. Wei Wuxian wiedział, że prawdopodobnie była zbyt stara, by wykorzystać ją do ciężkiej pracy, więc oprawcy wymyślili inny sposób na dręczenie jej. Musiała nosić zniszczoną flagę Wenów z upokorzeniem.

Zaskoczona kobieta wzdrygnęła. Kiedy w końcu zrozumiała, kto przed nią stoi, szczęka opadła jej z zaskoczenia.

Babciu, gdzie A-Ning? Gdzie Wujek Czwarty i pozostali? Gdzie A-Ning?!

Staruszka spojrzała na stojącego obok Wei Wuxiana i nie śmiała się odezwać. Spojrzała tylko w stronę przełęczy, a Wen Qing natychmiast tam pobiegła.

Po obu stronach drogi rozstawiono pochodnie. Płomienie co chwila przygasały od delikatnego deszczu, lecz ich żar wystarczył, by oświetlić setki postaci.

Wszyscy więźniowie byli bladzi i powłóczyli nogami. Nie wolno im było używać sił duchowych ani żadnych innych narzędzi, i to nie tylko ze względów bezpieczeństwa, ale to także było rodzajem kary. Ponad tuzin nadzorców z czarnymi parasolami siedziało na koniach, krzycząc na jeńców. Wen Qing wbiegła między nich, uporczywie przyglądając się każdej brudnej twarzy.

Jeden z nadzorców ją zauważył, więc uniósł dłoń, krzycząc:

Skąd się tu wzięłaś? Kto pozwolił ci się tu kręcić?

Przyszłam kogoś znaleźć, muszę kogoś znaleźć! – powtarzała Wen Qing.

Mężczyzna podjechał, wyciągając coś zza pasa i machając.

Nie obchodzi mnie to. Odejdź! Jeśli nie…

W tej chwili zauważył ubranego na czarno młodzieńca, który przyszedł za kobietą. Jego głos się urwał, tak jak język mu się poplątał.

Nieznajomy był przystojny, ale jego wzrok był raczej zimny. Nadzorca zadrżał. Wkrótce zorientował się, że mężczyzna nie patrzy na niego, a na żelazny pręt, który trzymał w dłoni.

To żegadło było tego samego typu, co używane przez służących QishanWen. Jedyną różnicą było to, że wzór został zmieniony z promiennego słońca na piwonię.

Kiedy Wei Wuxian to zauważył, zimne światło rozbłysnęło w jego oczach. Wielu nadzorców go rozpoznało, zatrzymując konie i szepcząc między sobą. Nikt więcej nie śmiał powstrzymywać Wen Qing, która szukała brata, krzycząc:

A-Ning! A-Ning!

Jej głos był coraz bardziej zrozpaczony, lecz nikt nie odpowiadał. Nie znalazła ani śladu swojego brata, nawet gdy przeszukała całą przełęcz. Gdyby Wen Ning tu był, to z pewnością by już do niej wybiegł.

Nadzorcy ukradkiem zsiedli z koni. Wszyscy patrzyli się na Wei Wuxiana, tak jakby zastanawiali się, czy go powitać.

Gdzie są Wenowie, którzy zostali tu przysłani zaledwie kilka dni temu? – zapytała Wen Qing, podbiegając do nich.

Spojrzeli po sobie. Po chwili zwłoki jeden z nadzorców, który wyglądał na szczerego, odparł przyjaznym tonem:

Wszyscy obecni tu więźniowie są z sekty Wen. Nowych przysyłają nam co kilka dni.

Chodzi o mojego brata, przysłanego tutaj przez Jin Zixuna! On… Jest mniej więcej taki wysoki. Nie mówi dużo, jąka się…

Panienko, posłuchaj. Mamy tutaj wielu ludzi. Niby jak moglibyśmy zapamiętać, że któryś się jąka?

Wen Qing nerwowo tupnęła nogą.

Wiem, że musi tutaj być!

Nadzorca był dość otyły. Uśmiechnął się służalczo.

Nie martw się, panienko. Wiele innych sekt przychodzi do nas, by użyczyć kultywatorów. Może ktoś go zabrał w ciągu ostatnich kilku dni? Kiedy sprawdzamy obecność, to zawsze odkrywamy, że ktoś uciekł.

Nie uciekłby! Babcia i pozostali wciąż tutaj są. Mój brat na pewno by ich nie zostawił.

No to może poszukasz go dłużej? Wszyscy są tutaj. Jeśli go nie znajdziesz, to niestety nic na to nie poradzimy.

Wszyscy tutaj są? – odezwał się nagle Wei Wuxian.

Słysząc go, obecni zamarli na chwilę. Jeden z nadzorców odwrócił się w jego stronę, odpowiadając:

Dokładnie.

Dobra. Czyli wszyscy żywi są tutaj, a co z pozostałymi?

Wen Qing się zachwiała.

Pozostałymi” w zestawieniu z „żywymi” mogli być tylko „martwi”.

Nie powinieneś tak mówić. Choć wszyscy są Wenami, to nigdy nawet nie śmieliśmy zadać im ran śmiertelnych.

Tak jakby nic nie słyszał, Wei Wuxian wyjął flet zza pasa. Kilku więźniów, którzy przechodzili właśnie obok niego, wrzasnęło głośno, rzuciło na ziemię niesione przedmioty i uciekło. Wokół mężczyzny zrobiło się nagle dużo wolnej przestrzeni.

Prawdę mówiąc, żaden z więźniów nie wiedział, jak wygląda Wei Wuxian. Wenów, którzy spotkali go na polu bitwy, czekał tylko jeden koniec – natychmiastowa śmierć. Z tego powodu jedyni, którzy potrafili go rozpoznać, zasilili jego armię żywych trupów. Jednak flet z ciemnego drewna ozdobiony czerwonym chwostem i ubrany na czarno mężczyzna stali się częścią ich koszmarów.

To upiorny flet, Chenqing! – dobiegały zewsząd okrzyki.

Wei Wuxian przyłożył instrument do ust. Przenikliwy dźwięk fletu najpierw przeszył nocne niebo i kurtyny spadającego deszczu z siłą strzały, a następnie rozszedł się echem po okolicy. Po zagraniu jednej nuty natychmiast przywiązał go z powrotem do pasa. Stał prosto z zimnym uśmiechem na ustach, pozwalając kroplom deszczu zwilżyć jego ubrania i włosy.

Co to za dźwięk? – odezwał się ktoś nagle.

Krzyki zaskoczenia dobiegły z oddali. Wszyscy stojący z tamtej strony rozpierzchli się na boki, odsłaniając około tuzina postaci – wysokich i niskich, mężczyzn i kobiet. Od niektórych dało się wyczuć odór zgnilizny. Na samym przodzie stał Wen Ning ze wciąż szeroko otwartymi oczami.

Twarz chłopaka miała woskowaty kolor, a jego źrenice były rozszerzone. Krew w kąciku ust zaschła na brązowo. Choć jego pierś nie poruszała się z oddechem, to wyraźnie było widać, że połowa żeber się zapadła. Nikt nie uznałby, że wciąż żyje, jednak Wen Qing nie traciła nadziei, drżącymi dłońmi szukając tętna.

Po kilku chwilach w końcu się rozpłakała.

Była przerażona i zdenerwowana, pędząc tu jak szalona, jednak wciąż się spóźniła. Nie zdążyła nawet po raz ostatni zobaczyć brata.

Wen Qing szlochała, dotykając żeber Wen Ninga, tak jakby chciała je złożyć na nowo. Uparcie trzymała się tej nieistniejącej możliwości. Jej słodkie rysy twarzy się wykrzywiły, stając się nieestetycznymi, a nawet szkaradnymi. Jednak nikt pogrążony w tak głębokim smutku nie potrafiłby płakać z gracją. W obliczu zwłok jej jedynego, młodszego brata nie widać było ani krztyny dumy, na którą tak pracowała.

Szok, który przeżyła, był zbyt silny. Nie mogła już dłużej wytrzymać i zemdlała. Stojący za nią Wei Wuxian złapał ją bez słowa, pozwalając jej oprzeć się o jego pierś. Przymknął oczy, otwierając je krótką chwilę później.

Kto go zamordował?

W jego głosie kryły się jednocześnie gorąco i zimno. Tak jakby nie był wściekły, lecz zamyślony. Stojący na czele nadzorca myślał, że wciąż ma szansę, więc powiedział:

Paniczu Wei, nie powinieneś tak mówić. Nie śmielibyśmy zabić żadnej osoby. Był nieostrożny, spadł z górskiej ściany i zmarł.

Nie śmielibyście zabić żadnej osoby? Czy to prawda?

Oczywiście! – odpowiedzieli chórem.

Ani jednej!

Och, rozumiem. – Wei Wuxian się uśmiechnął, po czym spokojnie kontynuował: – Są skundlonymi Wenami, których za ludzi nie uważacie. Dlatego zabicie ich nie liczyłoby się dla was jako zabicie osoby. To właśnie to macie na myśli, prawda?

Dokładnie to myślał sobie nadzorca, kiedy składał swoją przysięgę. Natychmiast pobladł, słysząc swoje myśli wypowiedziane na głos.

A może myślałeś, że nie dowiem się o ich śmierci?

Wszyscy Jinowie zaniemówili. Nagle zrozumieli, że los się do nich nie uśmiechał i zaczęli się w sobie kurczyć. Uśmiech nie schodził z twarzy Wei Wuxiana.

Najlepiej będzie, jeśli szczerze się do wszystkiego przyznacie. Który go zabił? Sam wystąp przed szereg. Wolę zabić niewłaściwych ludzi, niż ci odpuścić, a jak wybiję was wszystkich, to i tak ci się nie upiecze.

Mężczyźni poczuli dreszcze, a ich serca zamarły. Głównodowodzący wyjąkał:

YunmengJiang i LanlingJin są w dobrych kontaktach. Nie możesz…

Słysząc to, Wei Wuxian na niego zerknął. Jego ton był rozbawiony.

Odważny jesteś. Grozisz mi?

Oczywiście, że nie!

Gratuluję, skutecznie wyczerpaliście moją cierpliwość. Skoro nie chcecie nic mówić, niech on sam nam powie.

Tak jakby czekał na te słowa od dawna, sztywny trup Wen Ninga nagle się poruszył, unosząc głowę. Zanim dwóch stojących najbliżej nadzorców miało szansę choćby krzyknąć, ich gardła zostały chwycone w żelazny uścisk.

Wen Ning beznamiętnie uniósł mężczyzn wysoko. Pusta przestrzeń wokół nich coraz bardziej się powiększała, gdy obserwujący sytuację więźniowie wycofywali się coraz dalej.

Paniczu Wei! Paniczu Wei! Proszę, odpuść nam! Reagowanie pod wpływem emocji może pociągnąć za sobą nieodwracalne konsekwencje!

Deszcz padał coraz mocniej. Krople wody nieustannie spływały po policzkach Wei Wuxiana. Odwrócił się nagle, kładąc dłoń na ramieniu Wen Ninga i krzycząc:

Wen Qiongling!

Jakby w odpowiedzi Wen Ning ryknął. Uszy wszystkich obecnych zabolały.

Pozwól temu, kto doprowadził cię do takiego stanu, spotkać taki sam koniec. Załatw porachunki!

Słysząc to, zmarły natychmiast uderzył trzymanymi nadzorcami jednym o drugiego. Ich głowy huknęły o siebie i jak wybuchające arbuzy prysnęły na wszystkie strony czerwienią i bielą.

Ta scena była przerażająco groteskowa. Krzyki rozległy się wokół, konie rżały, a więźniowie uciekali – zapanował chaos. Wei Wuxian wziął Wen Qing w ramiona. Jak gdyby nic się nie stało, przemaszerował przez panikujący tłum, łapiąc konia za wodze. Już miał go dosiąść, kiedy ktoś go zawołał:

Panie Wei.

Wei Wuxian odwrócił się do niego.

Co?

Głos więźnia drżał, kiedy wskazywał palcem w pewną stronę.

Tam… Po tamtej stronie stoi chata. Używają jej… by zamykać w środku ludzi i się nad nimi znęcać. Jak ktoś umrze, to go wywlekają na dwór i zakopują. Może w środku jest ktoś, kogo pan szuka…

Dziękuję.

Poszedł we wskazanym kierunku i rzeczywiście zobaczył chatę, która wyglądała, jakby wybudowano ją tylko tymczasowo. Opierając Wen Qing na jednym ramieniu, kopniakiem wyważył drzwi. W kącie siedziało około tuzina ludzi, wszyscy byli posiniaczeni i krwawili. Podskoczyli z szoku, kiedy drzwi zostały tak agresywnie otworzone. Kilku z nich zobaczyło nieprzytomną Wen Qing i podbiegło, nie zważając na własne rany.

Panienko Qing!

Kim… Kim jesteś? Co zrobiłeś przywódczyni? – Wściekł się jeden z nich.

Nic. Którzy z was to kultywatorzy Wen Ninga? Skończcie z tymi bzdurami i natychmiast wyjdźcie na zewnątrz!

Spojrzeli się po sobie, ale Wei Wuxian już wyszedł, zabierając ze sobą Wen Qing. Mogli tylko za nim pójść, pomagając sobie nawzajem. Gdy opuścili chatę, to nawet nie mieli szansy zorientować się w panującym wokół chaosie, kiedy Wei Wuxian rozkazał:

Bierzcie konie. Szybko!

Nie, nasz panicz Wen Ning… – zaprotestował mężczyzna w średnim wieku.

Nagle przed jego oczami przeleciała głowa. Wszyscy odwrócili się w samą porę, by zobaczyć, jak Wen Ning rzuca na ziemię trupa, którego kończyny wciąż drżały. Gołymi rękami próbował go wypatroszyć.

Wystarczy! – krzyknął Wei Wuxian.

Gardłowe warknięcia dobiegły z gardła Wen Ninga, tak jakby wciąż nie był zadowolony.

Wstań! – rozkazał ponownie Wei Wuxian, gwiżdżąc.

Wen Ning mógł tylko wykonać rozkaz.

Na co czekacie? Na konie! Nie mówcie, że chcecie, bym znalazł wasze miecze?

Jeden z obecnych przypomniał sobie, że wśród nich była staruszka. Pobiegł po nią i dziecko, pomagając jej wejść na konia. Wei Wuxian także dosiadł swojego, trzymając wciąż Wen Qing. Pośród chaosu znaleźli tylko tuzin koni, więc pomimo dyskomfortu musieli ścisnąć się po dwie, trzy osoby. Staruszka nie potrafiła jeździć, a do tego miała ze sobą jeszcze dziecko. Widząc to, Wei Wuxian wyciągnął rękę.

Daj mi go.

Kobieta wielokrotnie potrząsnęła przecząco głową. Dziecko mocno złapało się za szyję babci, ledwo mogąc się utrzymać. W oczach obojga wyraźnie widać było strach. Wei Wuxian podjechał bliżej, zabierając małego.

A-Yuan! A-Yuan! – krzyczała przerażona staruszka.

Choć dziecko o imieniu A-Yuan wciąż było młode, to już znało strach i nie uroniło ani jednej łzy. Ssało dalej kciuk, spoglądając co chwilę na Wei Wuxiana.

Wyruszamy! – krzyknął mężczyzna. Uderzył łydkami w boki konia, jadąc na przodzie grupy. Około tuzina koni ruszyło za nim, galopując w skrytą za kurtyną deszczu noc.

Tłumaczenie: Ashi

17 Comments

  1. Avatar Olcia

    Wspaniałą nowelka, czytałam ją kilka razy czekając na kolejny rozdział… Dziękuję za tłumaczenie i życzę powodzenia w kolejnych rozdziałach…. Czekam niecierpliwie na następny rozdział :patriarcha:

    Odpowiedz
  2. Avatar Mroczny Feniks

    Dziekuje za rozdzial kazdego dnia mimo z jestem przekonana ix nie bedzie rozdziału to i tak sprawdzam wyczekując z niecierpliwością kolejnych rozdziałów z MDZS

    Odpowiedz
  3. Avatar lograk

    dzięki wielkie za kolejny, tak wyczekiwany odcinek, jest naprawdę rozdzierająco smutny, czekam na następne odcinki
    z nadzieją, że będą dodane najszybciej jak to możliwe, trzymaj się ciepło :)

    Odpowiedz
    1. Ashi Ashi Autor

      Zawsze są najszybciej, jak to możliwe niestety. Rozdziały są coraz dłuższe i ciężkie w tłumaczeniu że względu na ładunek emocjonalny. No i czasu też nie mam tyle, ci kiedyś.

      Odpowiedz
    1. Avatar Mroczny Feniks

      Dziekuje za rozdzial kazdego dnia mimo z jestem przekonana ix nie bedzie rozdziału to i tak sprawdzam wyczekując z niecierpliwością kolejnych rozdziałów z MDZS

      Odpowiedz
  4. Avatar Kiooko

    Właśnie dziś rano zaczęłam czytać kontynuację po angielsku i ze smutkiem w oczach paczałam i smutałam, że Koi Tower nie brzmi tak dobrze jak Wieża Karpia, tak samo jak masa innych angielskich nazw własnych. :AAAA: Fakt, że nie wyczymam dłużej i bede musiała czytać dalej in inglisz, ale i tak będę wracać tutaj delektować się Twoimi cudownymi tłumaczeniami.
    W sumie to głównie chciałam Ci bardzo podziękować za wciągnięcie mnie w ten cudowny swiat pierwotnie za sprawą anime(nie pamietam jak chińska wersja się nazywa) a teraz nowelki. Lovki i dziękuję bardzooo.
    Bede tu wracać :3

    Odpowiedz
    1. Avatar Maoru

      Miałam to samo! Nie wytrzymałam i zaczęłam czytać po angielsku ze łzami w oczach prawie. Jak zobaczyłam, że dziś dodano tłumaczenie to prawie się ze szczęścia popłakałam <3
      Tłumaczenie Ashi jest najlepsze na świecie, dzięki wielkie!

      Odpowiedz
  5. Avatar Katt

    O rany! Już nie mogłam się doczekać następnego rozdziału. Dziękuję za tłumaczenie z całego serduszka. ❤️ Cóż teraz trzeba się przygotować, że będzie tylko gorzej ( Wen Ning 😭). :płaku: :złamaneserce:
    Będę czekać z niecierpliwością na dalsze rozdziały. :zachwyt:

    Odpowiedz

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: