Mo Dao Zu Shi

Rozdział 55 – Odwaga V29 min. lektury

Ale nawet jeśli hibernował, to nie musiał spać czterysta lat, prawda? – zapytał po chwili Wei WuXian. – Powiedziałeś, że Xuanwu Zagłady żywi się ludźmi. Ilu tak naprawdę zjadł?

W księgach zapisano, że kiedy tylko się pojawił, to liczba zjedzonych ludzi wahała się od setek po całe wioski i miasta. Podczas wszystkich morderczych szałów pożarł żywcem przynajmniej pięć tysięcy.

Och, więc się przejadł.

Bestia wydawała się lubić zabierać ciała do swojej skorupy. Możliwe, że zbierała ludzi, by powoli się nimi delektować i czterysta lat temu zachomikowała na raz tyle, że nawet do tej pory wszystkiego nie przetrawiła. Lan WangJi go zignorował, ale Wei WuXian mówił dalej:

Skoro mowa o jedzeniu, to czy praktykowałeś poszczenie? Tacy jak my pewnie wytrzymają z trzy czy cztery dni, ale jeśli później nikt nie przyjdzie nas uratować, to zaczniemy tracić siły i energię duchową.

Nie byłoby źle, gdyby Wen Chao i jego ludzie postanowili ich zignorować po ucieczce. Jeśli poczekają te kilka dni, to pomoc innych sekt może nadejść na czas. Jednak obawiali się, że Wenowie nie tylko nie pomogą, ale też dodadzą oliwy do ognia, bo w końcu tymi „innymi sektami” były tylko YunmengJiang i GusuLan. Gdyby im przeszkodzono, to oczekiwanie mogłoby się dwukrotnie wydłużyć.

Wei WuXian wziął znowu gałąź i naszkicował na ziemi mapę, łącząc ze sobą kilka miejsc.

Z Gusu jest tu bliżej niż z Yunmeng, więc pewnie ludzie od ciebie przyjdą pierwsi. Bądźmy cierpliwi. Nawet jeśli nie przyjdą, to musimy tylko poczekać dzień lub dwa, by Jiang Cheng dotarł do Przystani Lotosów. On jest sprytny i Wenowie go nie powstrzymają. Nie ma się o co martwić.

Lan WangJi opuścił wzrok. Wydawała się zmęczony, kiedy wyszeptał:

Nie przyjdą.

Hmm?

Zacisze Obłoków zostało spalone.

Czy wszyscy wciąż tam są? Twój ojciec, brat?

Wei WuXian uważał, że nawet gdyby lider sekty Lan, ojciec Lana WangJi, był ciężko ranny, to Lan QiRen i Lan XiChen wciąż będą obecni, by zapanować nad sytuacją. Jednak drugi chłopak monotonnie odpowiedział:

Ojciec prawie odszedł. Brat zaginął.

Gałąź, którą Wei WuXian bazgrał po ziemi, zamarła.

Kiedy wchodzili na zbocze góry, jeden z uczniów powiedział, że lider sekty Lan jest poważnie ranny, ale nigdy nie przypuszczał, by było to aż tak krytyczne, że „prawie odszedł”. Może Lan WangJi też dopiero co się o tym dowiedział, kilka dni temu otrzymując wiadomość, że jego ojciec umiera?

Choć przez większość czasu lider sekty Lan medytował w odosobnieniu, niczym się nie przejmując, to wciąż był ojcem Lana WangJi. A jeśli dodamy do tego zaginięcie Lan XiChena, to normalne, że dzisiaj był wyjątkowo ponury i łatwo się złościł. Wei WuXian natychmiast poczuł się niezręcznie i nie wiedział, co powiedzieć.

Odwrócił się, czując mętlik w głowie i natychmiast zamarł.

Blask ognia odbijał się od twarzy drugiego chłopaka, jakby została wykonana z ciepłego nefrytu. A także wyraziście oświetlał dwa strumienie łez, spływające mu po policzkach.

Wei WuXian zaniemówił, myśląc tylko: „Och nie!”.

Ludzie tacy jak Lan WangJi przez całe życia na pewno uronili tylko kilka łez. Tak się zdarzyło, że akurat trafił na jeden z tych wyjątkowych przypadków. Nie był w stanie patrzeć, jak płaczą inni. Nie był w stanie znieść kobiecych łez. Kiedy je widział, to zawsze chciał podejść i się powygłupiać, by przywrócić uśmiech na twarz dziewczyny. Jednak jeszcze bardziej nie mógł zdzierżyć płaczących mężczyzn. Zawsze czuł, że zobaczenie takiej sceny było bardziej przerażające, niż podejrzenie kąpiącej się kobiety. A do tego nie mógł nawet go pocieszyć.

Wszystkie słowa pocieszenia bladły w obliczu spalenia domu, zgnębienia całej sekty, śmierci ojca, zaginięcia brata i bycia rannym.

Wei WuXian nie wiedział, bo zrobić, więc odwrócił głowę w drugą stronę.

Umm, Lan Zhan… – powiedział chwilę później.

Zamknij się – odparł zimno Lan WangJi.

Chłopak się posłuchał.

Ogień trzaskał wśród ciszy.

Wei Ying, naprawdę jesteś okropny – powiedział cicho Lan WangJi.

Och…

Tyle mu się przytrafiło, przez co Lan Zhan teraz jest w okropnym nastroju i jeszcze musi na mnie patrzeć. To dlatego jest taki zły. Przez bolącą nogę nie miał siły mnie uderzyć, więc wgryzł się w moje ramię… Chyba powinienem zostawić go w spokoju – pomyślał w duchu.

Powstrzymywał się przez chwilę, po czym powiedział:

To nie tak, że chcę cię wkurzać… Po prostu chciałem zapytać, czy ci zimno. Ubrania wyschły. Możesz nałożyć szatę spodnią, ja wezmę wierzchnią.

Szata spodnia była tym, co nosiło się tuż przy ciele. Nigdy nie byłaby odpowiednia do noszenia przez Lana WangJi, jednak jego szata wierzchnia była obrzydliwie brudna. Wszyscy ludzie z sekty GusuLan kochali być czyści, więc danie takiego odzienia chłopakowi wydawało się odrobinę obraźliwe. Lan WangJi nic nie powiedział. Nawet na niego nie spojrzał, więc Wei WuXian po prostu rzucił mu białe, suche ubranie, nałożył szatę na siebie i odszedł w milczeniu.

Czekali trzy dni.

W jaskini nie było widać księżyca i słońca. Wiedzieli, że minęły trzy dni tylko dzięki dziwacznym przyzwyczajeniom sekty Lan – czyli mimowolnemu zasypianiu i budzeniu się codziennie o tej samej porze. Dzięki temu można było po prostu policzyć, ile razy kładł się spać Lan WangJi.

Po trzech dniach oszczędzania energii rana na nodze Lana WangJi się nie pogorszyła i powoli zaczęła goić. Wkrótce był w stanie usiąść w pozycji lotosu i medytować.

W tym czasie Wei WuXian nie pokazywał mu się na oczy. Dopiero kiedy chłopak odzyskał spokój i znowu był Lan Zhanem z pokerową miną, to Wei WuXian wrócił, jakby nic się nie stało i bezwstydnie udawał, że tamta noc nie miała miejsca. Oprócz tego przestał się z nim droczyć. Ich interakcje były chłodne, ale spokojne.

Obaj kilkakrotnie sprawdzali, co działo się wokół jeziora. Xuanwu Zagłady zdążył zawlec wszystkie zwłoki do swojej spiżarni. Wielka, czarna skorupa unosiła się na wodzie jak ogromny okręt wojenny. Na początku często ze środka było słychać głośne odgłosy żucia. Później jednak zostały zastąpione chrapaniem, które brzmiało jak uderzenia pioruna.

Korzystając z okazji, spróbowali zakraść się pod wodę, by znaleźć dziurę, którą mogliby uciec. Jednak ledwo po trzydziestu minutach bestia zauważała ich ruchy. Choć szukali kilka razy, to nie udało im się znaleźć wspomnianego przez Jiang Chenga miejsca. Wei WuXian podejrzewał, że żółw zakrył je jakąś częścią swojego cielska i choć chciał go wywabić na brzeg, to bestia ani myślała się ruszyć, najwyraźniej zmęczona wcześniejszym zamieszaniem.

Zebrali całą pozostawioną na brzegu broń i ją przeliczyli. Zostało im okołu stu strzał, trzydzieści łuków i niewiele ponad dziesięć żelaznych prętów.

Nastał czwarty dzień.

Lan WangJi lewą dłonią podniósł łuk, przyglądając się materiałowi. Palcami prawej dłoni musnął cięciwę. Jakimś cudem wydała z siebie głośny brzęk podobny do uderzenia metalu o metal.

To broń, której kultywatorzy używali do polowania na bestie i demony. Materiał wykorzystany do ich stworzenia nie był niczym przeciętnym. Lan WangJi urwał wszystkie cięciwy i zawiązał je z obu stron, tworząc struny. Mocno je naciągnął i natychmiast machnął nadgarstkiem. Struny wystrzeliły jak błyskawica. Błysk białego światła przemknął przez jaskinię, a leżący trzy metry dalej kamień się roztrzaskał.

Lan WangJi poszedł po struny. Cięciwa pękła z głośnym piskiem.

Morderczy akord? – zapytał Wei WuXian.

Była to jedna z unikatowych technik sekty GusuLan. Została stworzona i przekazana dalej przez wnuczkę założyciela sekty i jednocześnie jej trzecią liderkę, Lan Yi. Lan Yi była także jedyną kobietą, która piastowała tę pozycję i kultywowała z guqinem. Jej instrument miał siedem strun, które były ułożone od największej do najmniejszej i w mgnieniu oka mogły zostać rozłożone i połączone. W jednej chwili grała szlachetne melodie swoimi delikatnymi, bladymi palcami, a w następnej cięła przez mięso i kości, jakby kroiła błoto, zmieniając struny w śmiercionośną broń.

Lan Yi pierwotnie stworzyła Morderczy akord, by wybić dysydentów, przez co była często krytykowana. Nawet jej własna sekta miała wobec niej dość sprzeczne uczucia. Jednak niezaprzeczalnie była to najpotężniejsza i najbardziej wszechstronna technika GusuLan.

Przebijemy się od środka – skomentował Lan WangJi.

Skorupa żółwia była jak forteca – miała niezwykle twardą warstwę wierzchnią, która wydawała się niemożliwa do przebicia. Ale z drugiej strony pod nią mogły skrywać się słabsze miejsca. Wei WuXian także o tym myślał przez ostatnie kilka dni. Wiedział, o co chodziło Lanowi WangJi.

A jeszcze bardziej zdawał sobie sprawę z ich obecnej sytuacji. Po trzech dniach odpoczynku byli w wyśmienitej kondycji. Jednak gdyby mieli czekać dłużej, to ich stan znowu zacząłby się pogarszać. A do tego nadszedł już czwarty dzień i nie było widać ani śladu pomocy.

Lepiej było dać z siebie wszystko ostatkiem sił, zamiast czekać na śmierć. Gdyby udało im się razem zabić Xuanwu Zagłady, to mogliby uciec podwodną dziurą.

Zgadzam się. Powinniśmy zaatakować od środka, ale słyszałem, że Morderczy akord nie jest zbyt skuteczny w ciasnych miejscach. A do tego twoja noga wciąż się nie wygoiła. Pewnie nie będziesz mógł wykorzystać pełni sił, prawda?

To była prawda i Lan WangJi dobrze o tym wiedział. Obaj rozumieli, że zmuszanie się do zrobienia czegoś, czego nie byli w stanie, będzie tylko problemem dla drugiej osoby.

Posłuchaj – zaczął Wei WuXian.

Kawałek skorupy Xuanwu wciąż znajdował się nad powierzchnią wody. Jego głowa, ogon i cztery łapy schowały się w środku. Na przedzie znajdowała się duża dziura, a wokół pięć mniejszych. Żółw wyglądał jak wyspa albo mała góra – jego ciało było czarne i nierówne, pokryte mchem, a nawet długimi, ciemnozielonymi algami, które z niego zwisały.

Niosąc na plecach wiązkę strzał i żelaznych prętów, Wei WuXian bezdźwięcznie zanurkował tuż obok największej dziury jak szczupły rybik cukrowy.

Tylko niewielka część jamy znajdowała się pod wodą, więc Wei WuXian dał się porwać prądowi i wskoczył do środka, kiedy przepływał obok. Wylądował głośno na obu nogach, wdeptując w grubą warstwę zgniłego błota wymieszanego z wodą. Smród był tak wszechogarniający, że prawie przeklął.

Śmierdziało czymś zjełczałym, ale jednocześnie mdląco słodkim. Ten zapach przypominał chłopakowi grubego, martwego szczura, którego kiedyś zobaczył niedaleko jednego z jezior w Yunmeng. Natychmiast zatkał nos.

Co za piekielne miejsce… Dobrze, że nie pozwoliłem tu przyjść Lan Zhanowi. Nie lubi nawet wody, w której pierze się ubrania, więc czy nie zacząłby od razu wymiotować, gdyby tylko to poczuł? A nawet jeśliby się powstrzymał, to na pewno by zemdlał.

Delikatne chrapnięcia dochodziły od Xuanwu Zagłady. Wei WuXian szedł dalej, wstrzymując oddech, a jego stopy zatapiały się coraz głębiej. Po trzech krokach kleista maź sięgała mu nad kolana. Pośród wody i błota znajdowało się też kilka twardszych grud. Chłopak pochylił się lekko i pomacał. Jego dłoń nagle dotknęła czegoś włochatego.

Prawdopodobnie były to ludzkie włosy.

Wei WuXian zabrał rękę. Wiedział, że to musiała być jedna z osób, które żółw zawlókł do środka. Macając chwilę dłużej, natrafił na buta. Znajdująca się w nim połowa nogi zgniła tak bardzo, że została tylko połowa mięsa i połowa kości.

Wyglądało na to, że bestia miała gdzieś czystość. Resztki, których nie dojadła, albo nie mogła zjeść, wypłynęły spomiędzy jej kłów prosto do skorupy. Im więcej żarła, tym więcej ich było. W ciągu setek lat uzbierała grubą warstwę zgnilizny. I dlatego w tej chwili Wei WuXian stał w trupiej mazi złożonej ze złamanych kończyn.

Po kilku ostatnich dniach był już tak brudny, że nawet patrzenie na niego było bolesne. Wei WuXiana nie obchodziło, że będzie jeszcze brudniejszy. Niedbale wytarł ręce o spodnie i szedł dalej.

Chrapanie bestii robiło się coraz głośniejsze. Podmuchy powietrza stawały się cięższe, a trupia maź gęstsza. W końcu jego dłoń natrafiła na szorstką skórę. Tak jak się spodziewali, łuski pokrywały głowę i szyję, ale pod nimi znajdowała się gruba, nierówna powierzchnia. Im dalej szedł, tym cieńsza i delikatniejsza się stawała.

W tej chwili maź sięgała mu już do pasa. Większość znajdujących się tutaj zwłok nie została jeszcze do końca zjedzonych, a z ciał pozostawały coraz większe kawałki. Nie można już było nazwać tego trupią mazią, tylko trupią stertą. Wei WuXian sięgnął do tyłu, przygotowując się do zdjęcia z pleców strzał i żelaznych prętów, ale nagle odkrył, że o coś zahaczyły i nie dało się ich odczepić.

Zacisnął dłoń wokół prętów i w końcu je wyciągnął, używając całej swojej siły. W tej samej chwili ich drugi koniec coś ze sobą wyciągnął ze sterty, wydając delikatny brzęk.

Wei WuXian natychmiast zamarł.

Minęło kilka chwil, ale nie dobiegł go żaden inny dźwięk. Bestia także nie rzuciła się na niego. W końcu westchnął z ulgą.

Pręty się o coś zaczepiły i wnioskując po dźwięku, to coś też było zrobione z żelaza. I jest dość długie. Zobaczmy, czy okaże się przydatne. Brakuje mi czegoś, co będzie można wykorzystać jako broń. Byłoby świetnie, gdybym znalazł duchowy miecz wysokiego poziomu!

Sięgnął i pomacał. Obiekt był długi, ale tępy i zardzewiały. Jak tylko go złapał, piskliwe krzyki rozbrzmiały w uszach Wei WuXiana, jakby setki tysięcy ludzi wrzeszczało z desperacji. Zimne powietrze natychmiast przemknęło przez jego ramię, wnikając w resztę ciała. Drżąc, chłopak zabrał rękę.

Co to takiego? Energia urazy tej rzeczy jest zbyt silna!

Nagle jego otoczenie się rozjaśniło. Jasna, pomarańczowa poświata uwydatniła jego cień, oświetlając również leżący na ziemi kruczoczarny miecz. Wbił się w powierzchnię, przekłuwając serce jego cienia.

Był w skorupie żółwia – skąd tutaj jakiekolwiek światło?

We WuXian się odwrócił. Tak jak myślał, kilkanaście centymetrów od niego znajdowała się ogromna para pomarańczowych oczu.

Dopiero co sobie uświadomił, że zniknęły głośne chrapnięcia, a ta pomarańczowa poświata wydobywała się prosto z oczu Xuanwu!

Bestia błysnęła swoimi czarno-żółtymi, skrzyżowanymi kłami i ryknęła, szeroko otwierając paszczę.

Wei WuXian stał tuż między jej kłami. Zaatakowany prosto w twarz głośnym rykiem miał wrażenie, że zaraz wybuchną mu bębenki, a oprócz tego całe ciało zaczęło go boleć. Patrząc, jak bestia rzuca się na niego, wepchnął wiązkę prętów w jej pysk. Moment i kąt wbicia były idealne. Sekundę później albo centymetr niżej i nie wbiłyby się w podniebienie zwierzęcia.

Kiedy żółw nie mógł zamknąć pyska, chłopak wbił strzały w najdelikatniejszą część jego skóry. Choć były cienkie, to związał je po pięć i wbił tak głęboko, że nawet lotki zanurzyły się w mięsie. Zwierzę zareagowało, jakby ukłuto je zatrutą igłą. Z bólu zacisnęło szczęki tak mocno, że wbite między jego kły pręty się wygięły. Pół tuzina żelaznych prętów dzięki intensywnemu ugryzieniu przyjęło kształt haku. Wei WuXian wbił jeszcze kilka wiązek strzał w miękką skórę. Od dnia narodzin bestia nigdy nie znajdowała się w tak niekorzystnym położeniu. Oszalała z bólu. Jej wężowe ciało wiło się tak mocno, jak tylko mogło w swojej skorupie, machając też na wszystkie strony łbem i wzburzając mięsną paćkę, która pokrywała ziemię. Wei WuXian został prawie całkowicie zanurzony w śmierdzących kończynach.

Xuanwu Zagłady rozszerzył oczy, powiększając obrzydliwą żółć. Otworzył paszczę, jakby chciał wszystko połknąć. Sterta trupów ześlizgnęła się do niej jak strumień wody. Chłopak walczył, płynąc pod prąd, kiedy nagle w jego rękę wpadł żelazny miecz. Jego serce zamarło, a przeszywające krzyki na nowo rozbrzmiały mu w uszach.

Ciało Wei WuXiana już zostało wciągnięte do paszczy Xuanwu. Widząc, że bestia chciała ją zamknąć, chłopak znowu wykorzystał tę samą technikę i wbił mu miecz między kły.

Narządy kilkusetletniej bestii przeważnie potrafiły rozpuszczać. Gdyby został połknięty, to w mgnieniu oka zamieniłby się w smugę dymu.

Złapał mocno za miecz. Jak wykałaczka przyczepił się do jego paszczy, nie będąc w stanie ruszyć się w żadną stronę. Xuanwu rzucał się przez chwilę. Nie mógł ani połknąć wykałaczki, ani zamknąć pyska, ale na pewno nie chciał go otworzyć szerzej. W końcu wypruł ze swojej skorupy jak z procy!

Bał się tego, jak Wei WuXian ukłuł go ze środka jego własnej skorupy. Z całej siły starał się wypchnąć swoje ciało na zewnątrz – robił to tak mocno, że ujawnił także delikatne mięso, które wcześniej skrywała jego zbroja. Lan WangJi od dawna przyjął pozycję tuż przy wejściu do środka. Jak tylko zwierzę wychynęło na zewnątrz, mocno naciągnął struny i nimi szarpnął. Cięciwa zawibrowała, wcinając się w skórę bestii.

Nie mogła ani wyjść, ani wrócić do środka, uciśniona przez ataki tej dwójki. To zdeformowana bestia, a nie naprawdę niebiańska. Od początku nie była zbyt inteligentna. Z bólu całkiem zwariowała, machając łbem i ogonem, kiedy rzucała się w ciemnej wodzie. Wpadła w ogromny wir, wzbudzając wielkie fale. Ale mimo wszystko jeden problem uczepił się jej paszczy, a drugi wbijał centymetr po centymetrze w delikatne miejsce. Im głębiej zanurzały się struny, tym więcej lało się krwi.

Lan WangJi ciągnął mocno za struny, nie pozwalając nawet na sekundę luzu. Trzymał przez sześć godzin.

Po tym czasie Xuanwu Zagłady w końcu przestał się ruszać.

Jego szyja prawie całkowicie została odcięta od reszty ciała dzięki strunom Lana WangJi. Nadwyrężając swą siłę, jego dłonie także zostały pokryte krwawymi cięciami. Tytaniczna skorupa unosiła się na wodzie, która została zabarwiona purpurowym odcieniem czerwieni widocznym gołym okiem. Zapach krwi był tak silny, że z łatwością można było pomylić to miejsce z sadzawką piekieł.

Z chlupnięciem Lan WangJi wskoczył do wody i popłynął do łba bestii. Oczy Xuanwu były szeroko otwarte i już przygasły, choć wciąż mocno zaciskał szczęki.

Wei Ying!

Z wnętrza nic nie było słychać.

Lan WangJi natychmiast złapał za oba rzędy kłów i mocno je rozwarł. Unosił się na wodzie, więc nie miał o co się oprzeć i udało mu się to dopiero po chwili wysiłku. W środku zobaczył czarny miecz wbity w ciało bestii. Ostrze i rękojeść głęboko zanurzyły się w mięsie, mocno się wyginając.

Wei WuXian leżał zwinięty jak krewetka z głową skierowaną w dół i rękoma wciąż zaciśniętymi wokół niezbyt ostrego miecza. Prawie zsunął się do gardła bestii. Lan WangJi natychmiast złapał go za poły i wyciągnął. Jak tylko szczęki Xuanwu się poluzowały, żelazny miecz wpadł do wody i opadł na dno.

Wei WuXian z mocno zamkniętymi oczami leżał bezwładnie na Lanie WangJi, otaczając go jednym ramieniem. Trzymając go w pasie, starszy chłopak unosił się razem z nim w krwistej wodzie.

Wei Ying!

Jego dłonie zadrżały lekko. Już miał dotknąć policzka Wei WuXiana, kiedy ten nagle się zatrząsł i obudził.

Co się dzieje? Co się dzieje? Nie żyje? Nie żyje?!

Szarpnął się lekko, zatapiając ich głębiej w wodzie. Ramię Lana WangJi zacisnęło się wokół jego talii.

Tak!

Wzrok Wei WuXiana był pusty, jakby miał problem ze zrozumieniem sytuacji. Dopiero po chwili powiedział:

Jest martwy? Martwy… Świetnie! Jest martwy! Wcześniej bez ustanku krzyczał i krzyczał, rzucając się na wszystkie strony, a potem zemdlałem. No tak, dziura! Dziura pod wodą. Szybko, chodźmy. Wyjdźmy przez dziurę.

Lan WangJi wyczuł, że drugi chłopak dziwnie się zachowuje.

Co się stało?

Wei WuXian nagle stał się bardziej energiczny.

Nic! Uciekajmy stąd jak najszybciej. Nie ma czasu do stracenia.

Rzeczywiście nie było czasu do stracenia. Lan WangJi przytaknął.

Zabiorę cię.

Nie ma takiej potrzeby…

Ale ramię starszego chłopaka wciąż było zaciśnięte wokół niego jak żelazny pas.

Wdech – powiedział niepodważalnym tonem.

Nurkowanie w takim amoku pewnie nie było najlepszym pomysłem. Wei WuXian też nie lubił się zmuszać i przytaknął. Wzięli głęboki wdech i się zanurzyli.

Chwilę później dwa rozpryski wybuchły z purpurowo-czerwonej wody. Znowu się wynurzyli.

Wei WuXian wypluł kupę krwistej wody i wytarł twarz, pokrywając ją szkarłatem. Wyglądał gorzej niż wcześniej.

Co się stało?! Dlaczego nie ma dziury?!

Jiang Cheng powiedział, że na dnie jeziora jest dziura mogąca na raz przepuścić pół tuzina ludzi i pozostali uczniowie przez nią uciekli. Wei WuXian pierwotnie myślał, że nie da się jej znaleźć, bo zasłaniało ją ciało Xuanwu, ale zwłoki żółwia znajdowały się w innym miejscu, a nie było nawet po niej śladu.

Woda spływała z mokrych włosów Lana WangJi. Nie odpowiedział. Spojrzeli na siebie, myśląc o zniechęcającej możliwości.

Możliwe, że… Będąc targanym intensywnym bólem, Xuanwu Zagłady machał kończynami i naruszył podwodne kamienie, przypadkowo… Blokując jedyną drogę ucieczki!

Wei WuXian wyszarpnął się z uścisku Lana WangJi i znowu zanurkował, a chłopak popłynął za nim. Jednak po długich poszukiwaniach wciąż nie znaleźli żadnych dziur. Nawet takiej, przez którą przecisnęłaby się jedna osoba.

Co teraz robimy?

Najpierw wyjdźmy na powierzchnię – odpowiedział Lan WangJi po chwili ciszy.

…Chodźmy. – Wei WuXian pomachał rękami.

Obaj byli wyczerpani. Powoli dopłynęli do brzegu, a kiedy wyszli z wody, pokryci byli krwawym odcieniem purpury. Wei WuXian zdjął ubrania i je wycisnął, machając nimi intensywnie i klnąc.

Jaja sobie z nas robią, czy co? Myślałem, że skoro nikt po nas nie przyszedł i nie będziemy w stanie go zabić, to nie mamy nic do stracenia. Jednak nam się udało, ale ten sukinsyn zapchał dziurę. Kurwa!

Brwi Lana WangJi zadrżały, kiedy usłyszał przekleństwa. Chciał coś powiedzieć, ale się powstrzymywał.

Klnąc dalej, Wei WuXian rozrzucił ubrania na wszystkie strony. Nagle nogi się pod nim ugięły. Lan WangJi doskoczył do niego w samą porę, by go złapać. Opierając się o niego, Wei WuXian powiedział:

To w porządku, to w porządku. Zużyłem całą energię. A właśnie, Lan Zhan, czy widziałeś miecz, który trzymałem, kiedy byłem w jego paszczy? Co się z nim stało?

Opadł na dno. Jest w nim coś specjalnego?

Zatonął? No to nieważne.

Kiedy ściskał za ostrze, to nawałnica wrzasków bezustannie obijała się o jego uszy. Całe ciało mu wymarzło i miał zawroty głowy. Ten żelazny miecz musiał być specjalny. Xuanwu Zagłady pożarł jakieś pięć tysięcy ludzi. Niektórzy musieli wciąż żyć, kiedy wciągał ich w całości do skorupy. Możliwe, że oręż należał do pożartego kultywatora i spędził kilkaset lat w trupiej mazi. Skażony bólem i urazą niezliczonej ilości martwych i żywych ludzi, usłyszał ich krzyki.

Wei WuXian chciał zachować miecz i porządnie mu się przyjrzeć. Jednak zatonął, a oni tu utknęli, więc nie warto było drążyć tego tematu. Gdyby za dużo o nim wspominał, a Lan WangJi zrozumiałby, o co mu chodzi, to znowu by się pokłócili. Wei WuXian zamachał rękami.

Nie będzie w tym nic dobrego, prawda?

Wlókł się do przodu, a Lan WangJi milcząco za nim podążał. Po kilku krokach znowu ugięły się pod nim nogi i jego towarzysz znowu go złapał. Tym razem przyłożył także rękę do jego czoła. Po chwili zamyślenia powiedział:

Wei Ying… Jesteś taki ciepły.

Wei WuXian dotknął czoła drugiego chłopaka.

Lan Zhan, ty także jesteś bardzo ciepły.

To dlatego, że twoja ręka jest zimna – powiedział chłodno Lan WangJi, odpychając jego dłoń.

W sumie trochę kręci mi się w głowie.

Jakieś cztery albo pięć dni temu wszystkie zioła z saszetki wykorzystał na nogę Lana WangJi. Wypalony na piersi znak tylko kilka razy przemył, a do tego nie wypoczął za dobrze, dopiero co siedział w trupiej stercie i pływał w brudnej wodzie. Stan jego rany się pogorszył.

Wei WuXian miał gorączkę.

Z czasem coraz bardziej kręciło mu się w głowie. Nie mógł już dalej iść, więc usiadł tam, gdzie stał, zastanawiając się.

Jak mogłem tak łatwo dostać gorączki? Nie miałem jej od kilku dobrych lat.

Lan WangJi nie miał ochoty wyrażać swojej opinii na temat tej części z tak łatwo”.

Połóż się.

Wei Wuxian się posłuchał. Jego towarzysz wziął go za rękę i zaczął przesyłać mu energię duchową.

Choć długo nie leżał, to wkrótce znowu się podniósł.

Połóż się – powiedział Lan WangJi.

Nie musisz mi nic dawać. – Wei WuXian zabrał dłoń. – Nie zostało ci wiele.

Lan WangJi znowu złapał go za rękę i powtórzył:

Połóż się.

Kilka dni temu to on był pozbawiony energii, przez co Wei WuXian go przestraszył i się z nim droczył. Teraz role się odwróciły. Jednak chłopak nawet leżąc, nie lubił być samotny i szybko zaczął narzekać:

Jest zbyt twardo, zbyt twardo.

Co chcesz?

Chcę położyć się gdzie indziej.

Gdzie? W takim miejscu?

Użycz mi na chwilę kolan, dobrze?

Przestań się wygłupiać – odparł beznamiętnie Lan WangJi.

Mówię poważnie. Strasznie mi się kręci w głowie. Nie jesteś dziewczyną, więc dlaczego nie mogę się na nich położyć?

Nie możesz, nawet jeśli nie jestem dziewczyną.

Nie wygłupiam się – odpowiedział Wei WuXian, widząc, że jego towarzysz zaczyna marszczyć brwi. – To ty powinieneś przestać się wygłupiać. Nie zaakceptuję tego. Lan Zhan, powiedz mi dlaczego?

Co dlaczego?

Wei WuXianowi udało się przekręcić na drugą stronę, przez co teraz leżał na brzuchu.

Nie ma nikogo, kto by mnie sekretnie nie lubił, nawet jeśli mówią, że jestem irytujący. Dlaczego nigdy nie patrzysz na mnie pozytywnie? Byliśmy razem na granicy życia i śmierci, prawda? A ty nawet nie pozwalasz mi położyć się na twoich kolanach i dalej mnie besztasz. Jesteś staruszkiem, czy jak?

Bredzisz – odparł słabym głosem Lan WangJi.

Może rzeczywiście bredził. Wei WuXian wkrótce zasnął.

Podczas snu czuł, że ziemia wcale nie była taka twarda. Miał wrażenie, że naprawdę leży na czyichś kolanach. Zimna dłoń opierała się o jego czoło. To było dość wygodne. Szczęśliwie wiercił się, ile wlezie i nikt go nie zrugał. Kiedy sturlał się na ziemię, to ktoś nawet delikatnie pogłaskał go po głowie, podniósł i znowu ułożył na kolanach.

Jednak kiedy się obudził, to wciąż leżał na ziemi. Kolana zostały zastąpione kupą liści podłożonych mu pod głowę, co było wygodniejsze od twardej gleby. Lan WangJi siedział kawałek dalej i najwyraźniej rozpalił ognisko. Blask ognia odbijał się od jego policzków, jakby był z nefrytu – ciepły i delikatny.

Oczywiście, że to był sen – pomyślał Wei WuXian.

Droga, którą chcieli uciec, została odcięta. Utknęli w jaskini, zmuszeni do czekania, aż uratuje ich sekta YunmengJiang. Przez kolejne dwa dni Wei WuXian ciągle gorączkował, co chwila wybudzając się ze snu i zasypiając na nowo. Jego stan w pełni zależał od Lana WangJi i nie pogorszył się tylko dzięki przesyłanej przez niego energii duchowej. Jednak to nie powstrzymało go przed narzekaniem co chwila.

Ugh, ale nudno.

Naprawdę jest nudno.

Jest zbyt cicho.

Aaach.

Jestem głodny. Lan Zhan, mógłbyś wstać i mi coś zrobić? Upiecz mi trochę żółwiego mięsa.

Nieważne, lepiej nie. Mięso pożerającej ludzi bestii jest z pewnością przegniłe. Jednak się nie ruszaj.

Dlaczego taki jesteś, Lan Zhan? Jesteś taki nudny. Twoje usta i oczy są zamknięte. Nie rozmawiasz ze mną i nawet na mnie nie patrzysz. Medytujesz czy jesteś jakimś mnichem? Fakt, założyciel twojej sekty naprawdę był mnichem. Zapomniałem.

Siedź cicho – odezwał się Lan WangJi. – Wciąż masz gorączkę. Nic nie mów, oszczędzaj siły.

W końcu odpowiedziałeś. Ile dni już czekamy? Dlaczego nikt nas jeszcze nie uratował?

Nie minął nawet jeden dzień.

Wei WuXian zasłonił twarz.

Dlaczego jest tak ciężko? To na pewno dlatego, że jestem z tobą. To Jiang Cheng powinien był zostać. Nawet kłócenie się z nim byłoby bardziej interesujące niż siedzenie z tobą. Jiang Chen! Gdzie ty, cholera, jesteś?! Minęło prawie siedem dni!

Lan WangJi wbił gałąź w ognisko, tak jakby atakował mieczem. Iskry zatańczyły w powietrzu.

Odpoczywaj – powiedział chłodno.

Wei WuXian znowu zwinął się jak krewetka, leżąc przodem do niego.

Ty tak na poważnie? Dopiero co się obudziłem, a ty każesz mi odpoczywać. Naprawdę aż tak nie cierpisz obudzonego mnie?

Wyjmując gałąź z ognia, Lan WangJi odpowiedział spokojnie:

Za dużo myślisz.

Absolutnie nic na niego nie działa. Nie jest tak interesujący, jak kilka dni temu, kiedy miał twarz ciemną jak dno przypalonej patelni, w jego słowach zawarte były emocje i nawet ze złości gryzł ludzi. Ale nie powinno się mieć zbyt wiele nadziei na zobaczenie takiego Lan Zhana. Pewnie nie zobaczę go już takiego do końca życia.

Nudzę się. Lan Zhan, porozmawiajmy. Możesz zacząć jakiś temat.

O której normalnie kładziesz się spać?

Twój początek jest taki nudny. Tak suchy, że aż nie mam ochoty kontynuować, ale ci tego nie zrobię. Powiem ci. W Przystani Lotosów nigdy nie kładłem się przed pierwszą nad ranem, a często nawet nie spałem całą noc.

Niewłaściwe zachowanie. Zły zwyczaj.

Myślisz, że każdy jest jak ludzie z twojej sekty?

Musisz przestać.

Wei WuXian zasłonił uszy.

Jestem chory. Mam gorączkę, bracie, nie możesz powiedzieć czegoś milszego? Żeby biedny ja poczuł się lepiej? – Z zamkniętych ust Lana WangJi nie wydostał się żaden dźwięk. – Nie wiesz, co powiedzieć? Dobra, powinienem był wiedzieć. To możesz zaśpiewać, skoro nie masz nic do powiedzenia? Może zaśpiewasz piosenkę?

To był tylko zdawkowy komentarz. Rozmawiał z Lanem WangJi, by umilić sobie czas i nie spodziewał się, że ten się zgodzi. Jednak po kilku chwilach ciszy niski, miękki głos rozbrzmiał echem przez pustą jaskinię.

Lan WangJi naprawdę zaczął śpiewać.

Wei WuXian zamknął oczy, przekręcił się na plecy i rozłożył szeroko ramiona.

Brzmi przyjemnie. Jaki ma tytuł?

Lan WangJi coś wymamrotał. Młodszy chłopak otworzył oczy, dopytując:

Możesz powtórzyć jeszcze raz?

Tłumaczenie: Ashi

10 Comments

  1. Gladiolus

    Gryzący Lan Zhan :cooo: szok to mało powiedziane. Obaj są tacy uroczy! Mogłabym czytać o nich ciągle :ekscytacja:
    Chociaż to trochę przykre, że Wei jest typem, który prędzej potknie się o napis „on cię lubi” niż to zauważy xD Ciekawa jestem kiedy to w końcu do niego dotrze :muahaha:
    Pamiętam, że sama byłam zaskoczona zmianami zachowania Lana WangJi po „odrodzeniu” się Wei WuXiana. Teraz to wydaje się być takie oczywiste :zachwyt: :ekscytacja: :zachwyt2:

    Pozdrawiam ciepło szczególnie w te zimne dni :)))

    *zakłada drugie ekstra ciepłe skarpetuchy, jednocześnie rozważając czy nie czytać po raz enty od początku Mo Dao Zu Shi*

    Odpowiedz
    1. smieciuszek baraluszek

      w zasadzie to trochę tak nie ,nie zgodzę się z tobą bo w sumie wei byłby w stanie zauważyć że się kobiecie podoba bo on w zasadzie uważał że nie jest gejem więc w sumie by to zauważył ale nie u faceta ,on uważa facetów tylko za przyjaciół ,nie posunął się to tak haniebnego czynu jak kochanie i całowanie się z facetem ,to by było by zbyt żenujące
      a przez to że już hanguang-jun już wie że weiuś żyje w ciele Mo to nie musi udawać jakiegoś głupiego i ohydnego geja
      (ale nie obrażajcie się wszystkie magiczne stworzenia ja nikogo nie chce obrażać a stwierdzenie ,,magiczne stworzenia” to tylko dlatego że ja nie wiem jakiej jest ,,płci” czytający ten komentarz bo te wszystkie julki itp. [i znowu się nie obrażajcie Julki tylko dlatego że jest tam wasze imię małą literą i wasze imię to określenie do głupich nastolatek ])
      to nawet nie myśli że hanguang-jun się w nim podkochiwał bo jego zachowanie według niego było dziwne ale nie robił żadnych głupich czynów (oprócz powiedzenia ,,czy na pewno tego chcesz ” hehe)
      w dodatku jak widzisz w tym rozdziale czy w innym bo już nie pamiętam bo ja stara jestem i żrę obiad który se zamówiłam i później jak go zjem to pójdę pracować w jakieś kawiarni aby zrobić cały projekt na przyszły rok szkolny aby nie robić na ostatnią chwile ,
      to hanguang-jun aż rzygać chciał jak widział że weiuś się rozbiera i również go ,to proste że się nie domyśli ale jakby się nawet domyślił to by tego nie powiedział bo to by było zbyt zawstydzające :płaku:

      Odpowiedz
    1. Badacz Sweevil

      Dziękuję ślicznie za kolejny rozdział. :zachwyt:
      Bardzo lubię ten moment wspomnień. :zachwyt2:
      Jeszcze raz dziekuje, bijąc pokłony z wdzięczności.

      Odpowiedz

Skomentuj Fuushi Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: