True Star

Rozdział 137 – Grając razem po raz pierwszy10 min. lektury

Zapytałam go, czy ma kogoś, kogo lubi, tak jak tatuś lubi mamusię.

Diaboliczna dziewczynka mrugnęła łobuzersko okiem. Wystawiła żartobliwie język, zarzucając ręce dookoła ramion Alberta.

To było mądre pytanie. Jak odpowiedział?

Albert był niezruszony tym, jak Annie sformułowała swoje pytanie. Nie miał żony, więc tak zwana „miłość pomiędzy tatusiem a mamusią” była w jego przypadku niewykonalna. Po prostu potrzebował dziecka. To był jedyny powód. Nie miał pojęcia, kim była rodzona matka Annie. Annie również nie musiała o tym wiedzieć.

Powiedział, że nikogo nie lubi.

O co zapytałaś później?

Nie był zaskoczony odpowiedzią córki, ponieważ właśnie takiej oczekiwał. I miał rację.

Zapytałam, jakiego typu osoby lubi. Tatusiu, jego odpowiedź była taka głupia. – Annie zmarszczyła nos. Zniżyła głos i zaczęła naśladować ton Tang Fenga. – Hmm, jeśli chodzi o wygląd, wszystko jest w porządku, o ile mi się podoba. Jeśli chodzi o charakter, chciałbym, żeby była to życzliwa osoba. Ktoś, kto patrzy na życie z optymizmem. Chciałbym też, żeby ta osoba miała takie same wartości jak ja.

Annie powtórzyła słowo w słowo odpowiedź Tang Fenga. Łagodny i dojrzały ton, który przybrała podczas recytowania, kłócił się z jej młodym wyglądem, sprawiając, że widok był dosyć komiczny.

Życzliwa osoba, patrząca na życie z optymizmem… – Albert zaśmiał się zimno. – Haha, co za głupiec. Skończony idealista. Nic nie poradzę, martwię się o ciebie. Czy zakochasz się w kimś, w kim nie powinnaś tak jak Esmeralda?

***

Większość ludzi nigdy by nie uwierzyła, że dziecko w wieku czterech i pół lat mogło okłamać dorosłego. Oczywistym powodem było to, że cechowali się przyjacielskim podejściem do świata i wybierali wiarę w pozytywne aspekty zamiast negatywnych. Podobnie życzliwi ludzie żyjący w nadmorskim klasztorze w Irlandii, którzy nigdy nie wybraliby podejrzliwego nastawienia wobec nowego mnicha ze wschodu. Przez całą drogę samotnie niósł urnę z prochami starego księdza. Był zakurzony i drżący po swojej długiej podróży. Nawet po przybyciu nie powiedział ani słowa. Wszyscy zwyczajnie założyli, że mnich o imieniu Tang był wyjątkowo oddany swojej świętej misji. Tang przybył na ten dziwny i odległy ląd nocą w czasie ulewy. Grzmot rozbrzmiewał rykiem na ciemnym niebie. Mężczyzna, który wydawał się skurczony w swoich czarnych szatach, ściskał w dłoni wyschniętą gałąź niczym laskę. Jego buty z każdym krokiem zagłębiały się w miękkie błoto. Czuł się tak, jakby ziemia usiłowała połknąć jego nogi. Kto je przytrzymywał? Czy sam diabeł z piekielnych otchłani? Nie wiedział, lecz był zaniepokojony. Czuł zimno od czubka głowy do palców u stóp. Głód bezustannie pożerał go od środka. Krople deszczu wielkości fasoli opadały nieubłaganie z nieba, rozpryskując się na jego kapturze oraz ramionach. Habit był kompletnie przemoczony. Całe szczęście, że wykonano go z czarnego materiału. Jaśniejszy kolor już dawno stałby się poszarzały od całego błota i brudu, który przylgnął do jego powierzchni. Deszcz padał od pięciu dni, a on przez cały czas kroczył w tym deszczu. Nie mógł już zawrócić. Tylko iść, iść bez zatrzymywania się… Poprawił cienkie szaty i przywiązał urnę do własnego brzucha przy pomocy kawałka materiału. W ten sposób był w stanie lepiej ją ochronić, zapobiegając jej zderzeniu z czymś oraz roztrzaskaniu. Po rozpoczęciu podróży do obcego kraju, Tang polegał na pisanych słowach, aby przekazać swoje zamiary: co chciał, dokąd zamierzał się udać, którą drogę powinien wybrać. Życzliwe jednostki, które napotkał w czasie podróży, dawały mu jedzenie i wodę. Chwalili go za oddany charakter jako mnicha, który zaprzysiągł całe życie Bogu. Zakładali, że nie mówił, ponieważ poświęcił wszystko Bogu. Byli zaskoczeni faktem, że tak wierny mnich przybył aż z dalekiego wschodu. Niebiosa, przebył tak długą drogę, jedynie podążając za boskim kierownictwem oraz śladami. Tang nie robił niczego, aby rozwiać przypuszczenia ludzi. Cieszył się, że nie mógł mówić. Nie stracił wcale zdolności mówienia – po prostu nie miał na to pozwolenia. Ludzie z jego pierwotnego kościoła zmusili go do obietnicy, że nie wypowie ani słowa przez pięćdziesiąt lat. Na dodatek, każdego dnia musiał zapisywać przykazania Boże i przyjmować te słowa do serca. Zmusili go do opuszczenia kraju, w którym dorastał i zabrania prochów starego księdza do obcego miejsca. Tang nie czuł się zraniony lub pozbawiony nadziei w związku z surową karą – był nawet szczęśliwy. Ten kraj był odległy od jego rodzinnych stron. Wieść o ohydnej i bezwstydnej zbrodni, którą popełnił, nigdy nie dotrze do uszu tutejszych ludzi. Już nie prosił o więcej. Nie miał odwagi, by spróbować czegokolwiek, co mogłoby go odwrócić od nauki Boga. Pragnął jedynie przeżyć pięćdziesiąt lat, które mu pozostały w ciszy i spokoju, w jakimś małym kościele. W związku z głodem i wyczerpaniem Tang upadł na błotnistą ścieżkę. Zanim stracił przytomność, spojrzał po raz ostatni na znajdujące się nad nim niebo. Było ciemne i ciężkie niczym czarny habit, który miał na sobie. Niebo zdawało się do niego zbliżać, stając się lodowatym, nieprzepuszczalnym materiałem, który stopniowo go ogarnął.

Jesteś hańbą dla Boga…

Mnichu, popełniłeś obrzydliwy występek. W ramach kary będziesz milczał przez pięćdziesiąt lat. Poniesiesz konsekwencje swoich czynów!

Tang wziął głęboki oddech i nagle otworzył oczy. Usiadł z pobladłą twarzą. Jego czarne oczy lśniły niczym gwiazdy, sprawiając wrażenie, jakby w każdej chwili mogły się roztrzaskać. Były to oczy pełne bezradności, bólu oraz żalu.

Przebudziłeś się.

Słaby promień słońca wniknął do pomieszczenia poprzez drewniane okno. Obok niego siedział jasnowłosy mężczyzna. Gdy tang na niego spojrzał, blondyn uśmiechnął się promiennie. Uśmiech ten przeszył oczy Tanga jak słońce, przez co odruchowo wzdrygnął się z bólu. W porównaniu z tym mężczyzną był błotem bulgocącym w bagnie, brudny i ciemny.

Nie wiem, czy możesz mnie zrozumieć, ale straciłeś przytomność nad morzem. Uratował cię ksiądz. Dzięki Bogu, że żyjesz. Jeszcze chwila a zmarłbyś i został pochłonięty przez morze.

Blondyn ponownie się uśmiechnął. Pomimo jego szczerości, Tang nie mógł odgadnąć, co dokładnie mówi. Zdecydował się zachować ciszę i słuchać.

Znaleźliśmy przy tobie list. Całe szczęście był ciasno zawinięty, inaczej przesiąknęłaby go woda. Wiemy, że jesteś mnichem ze wschodu. Dziękujemy, że przyniosłeś z powrotem prochy księdza Dolena. Przeor już udzielił ci pozwolenia na pozostanie. Tang, czy zostaniesz?

Tang pochylił głowę, nie mogąc skupić wzroku. Wiedział, o jakim liście mówił mężczyzna. Niebiosa, list został napisany przez ludzi z jego dawnego kościoła i szczegółowo opisywał popełniony przez niego czyn. W czasie podróży przez Europę wrzucił list do oceanu, a ten przeczytany przez młodego mnicha został napisany przez niego samego. Nie zdołał uspokoić paniki w swoim sercu, przez co na zewnątrz wydał się jeszcze słabszy i bardziej żałosny.

Wyglądasz na przerażonego. Nie bój się, wszystko będzie dobrze. Wiemy, że byłeś blisko z księdzem Dolenem. Wszyscy tutaj widzą cię jako przyjaciela.

Młody mnich pochylił się w stronę Tanga. Ich bliskość pozwoliła mu na wyraźne zobaczenie rysów twarzy drugiego mężczyzny. Jasnowłosy był przystojny i miał niebieskie oczy, lśniące niczym drogocenne kamienie. Wśród Europejczyków powinien być uznawany za dosyć urodziwego. Tang był zszokowany, że równie brudna myśl ponownie pojawiła się w jego myślach. Nie mógł, nie mógł popełnić kolejnego błędu. Prędko pochylił głowę i przytaknął, dając sygnał, że zrozumiał. Blondyn zaśmiał się tuż przy jego uchu, a ciepły oddech musnął lekko policzki Tanga.

Mam na imię Chris. Chociaż nie możesz mówić, mam nadzieję, że pewnego dnia usłyszę, jak wypowiadasz moje imię. – Mężczyzna zamilknął, po czym kontynuował niskim głosem. – Czy wszyscy ludzie wschodu mają takie oczy jak ty? Są piękne. Najpiękniejsze oczy… jakie kiedykolwiek widziałem, Tang.

Chris. Tang powtarzał w myślach jego imię, raz za razem. Czuł, jak ciepło rozchodzi się w jego klatce piersiowej, a ciało przenika dziwne uczucie. Być może wszystko dobrze się ułoży. Tang prędko odzyskał zdrowie i oficjalnie dołączył do nadmorskiego klasztoru. Wszyscy go dobrze przyjmowali, ale pomijając początkową ciekawość na widok obcokrajowca, pozostawiali go samemu sobie. Dla Tanga była to dobra rzecz. Cieszył się, że nie może mówić. Dzięki temu mógł uniknąć używania nieodpowiednich słów w stosunku do ludzi. Istniał jednak pewien wyjątek – mnich o imieniu Chris. Słyszał, jak inni mówili, że jest on nadzwyczaj inteligentny. Mały klasztor nad brzegiem morza nie wystarczył, by go zadowolić. Wkrótce miał udać się do większego miasta, by odebrać dalsze nauczanie. Gdy się przebudził, dopiero po chwili uświadomił sobie, że pod nakryciem jest zupełnie nagi. Chwycił mocno pościel i rozejrzał się panicznie dookoła, chcąc odnaleźć swój brudny, podarty habit.

Twój habit nie nadaje się do naprawy. Przeor kazał mi przygotować dla ciebie nowy – oznajmił Chris, po czym się uśmiechnął. – To ja ściągnąłem twoje ubranie. I to ja wytarłem twoje ciało.

Tang starał się jak mógł by zignorować przekorny błysk w oczach Chrisa. Przez ostatnie parę dni czuł, że spojrzenie blondyna podążało za nim, gdziekolwiek szedł. Jednak Chris nigdy się do niego nie odzywał, tylko obserwował z oddali. Co za dziwny człowiek.

***

Cięcie! Bardzo dobrze! – krzyknął reżyser.

Pierwsza scena Tang Fenga i Gino została gładko zakończona. Tang Feng i Gino, obydwaj w identycznych mnisich habitach, spojrzeli na siebie, po czym równocześnie się uśmiechnęli. Wyglądało na to, że omówienie scenariusza dwa dni wcześniej było dobrym pomysłem.

Tłumaczenie: Berenice96

Tom I
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41
Rozdział 42
Rozdział 43
Rozdział 44
Rozdział 45
Rozdział 46
Rozdział 47
Rozdział 48
Rozdział 49
Rozdział 50
Rozdział 51
Rozdział 52
Rozdział 53
Rozdział 54
Rozdział 55
Rozdział 56
Rozdział 57
Rozdział 58
Rozdział 59
Rozdział 60
Rozdział 61
Rozdział 62
Rozdział 63
Rozdział 64
Rozdział 65
Rozdział 66
Rozdział 67
Rozdział 68
Rozdział 69
Rozdział 70
Rozdział 71
Rozdział 72
Rozdział 73
Rozdział 74
Rozdział 75
Rozdział 76
Rozdział 77
Rozdział 78
Rozdział 79
Rozdział 80
Rozdział 81
Rozdział 82
Rozdział 83
Rozdział 84
Rozdział 85
Rozdział 86
Rozdział 87
Rozdział 88
Rozdział 89
Rozdział 90
Rozdział 91
Rozdział 92
Rozdział 93
Rozdział 94
Rozdział 95
Rozdział 96
Rozdział 97
Rozdział 98
Rozdział 99
Rozdział 100
Rozdział 101
Rozdział 102
Rozdział 103
Rozdział 104
Rozdział 105
Rozdział 106
Rozdział 107
Rozdział 108
Rozdział 109
Rozdział 110
Rozdział 111
Rozdział 112
Rozdział 113
Rozdział 114
Rozdział 115
Rozdział 116
Rozdział 117
Rozdział 118
Rozdział 119
Rozdział 120
Rozdział 121
Rozdział 122
Rozdział 123
Rozdział 124
Rozdział 125
Rozdział 126
Rozdział 127
Rozdział 128
Tom II
Rozdział 129
Rozdział 130
Rozdział 131
Rozdział 132
Rozdział 133
Rozdział 134
Rozdział 135
Rozdział 136
Rozdział 137
Rozdział 138
Rozdział 139
Rozdział 140
Rozdział 141
Rozdział 142
Rozdział 143
Rozdział 144
Rozdział 145
Rozdział 146
Rozdział 147
Rozdział 148
Rozdział 149

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

:błeee:  :płaku:  :WeiMądruś:  :zonk:  :NieNie: 
:AAAA:  :ależeco:  :blabla:  :ugh:  :cooo: 
:ekscytacja:  :facepalm:  :patriarcha:  :muahaha:  :złamaneserce: 
:szok:  :przestań:  :zachwyt:  :zachwyt2: