Mo Dao Zu Shi

Obecni na miejscu kultywatorzy byli młodzi i niedoświadczeni. Jednak choć wyglądali na zdenerwowanych, to trzymali się swoich pozycji i chronili dom rodziny Mo, przyczepiając talizmany do ścian. A-Tong został już wniesiony do środka. Lan SiZhui lewą ręką sprawdzał mu puls, a prawą podtrzymywał panią Mo. Nie mógł pomóc im obu naraz i miał niezły kłopot, kiedy A-Tong podniósł się z ziemi.

A-Tong, obudziłeś się! – oznajmiła A-Ding.

Jednak zanim zdążyła się uśmiechnąć, A-Tong uniósł lewą dłoń i ścisnął własną szyję.

Widząc to, Lan SiZhui trzykrotnie uderzył w jego punkty akupunkturowe. Wei WuXian wiedział, że choć wyglądało to na lekkie tapnięcia, to członkowie klanu Lan byli silni. Po takim uderzeniu ciężko byłoby się komuś poruszyć, ale A-Tong zachowywał się, jakby nic nie poczuł, a jego uścisk się zacieśnił. Wyraz jego twarzy stawał się coraz bardziej bolesny i wykrzywiony. Lan JingYi szybko złapał go za rękę, ale chwyt służącego był jak z żelaza, więc nic to nie dało. Po chwili jego szyja chrupnęła, a głowa opadła na bok. Jego kark już był złamany.

Zabił się na oczach wszystkich!

…Duch! Wśród nas jest niewidzialny duch. Zmusił A-Tonga, by się udusił! – Widząc sytuację, głos A-Ding się załamał. Jej ton był piskliwy, przez co wszyscy zamarli z przerażenia i od razu jej uwierzyli. Osąd Wei WuXiana był inny – to nie był dziki duch.

Przyjrzał się talizmanom, które wybrali młodzieńcy. Wszystkie odpychały zjawy, a ściany sali były nimi wręcz pokryte. Gdyby to naprawdę był dziki duch, to zapłonęłyby jeden po drugim zielonym ogniem, kiedy tylko wszedł do sali. Ale nic takiego się nie wydarzyło.

Nie można było obwiniać dzieciaków za ich wolną reakcję, bo ta istota była wyjątkowo okrutna. Świat kultywacyjny miał konkretną definicję kategorii „okrutnego ducha” – musiał zabijać przynajmniej jedną osobę miesięcznie nieprzerwanie przez trzy miesiące. Wei WuXian sam ustanowił ten wyznacznik i prawdopodobnie nadal z niego korzystano. W końcu był w tym najlepszy. Dla niego kreatura, która zabijała jedną osobę tygodniowo, mogłaby zostać nazwana okrutnym duchem, który często zabijał. Ale to coś utłukło trzy osoby na raz w krótkim odstępie czasu. Nawet zdolny kultywator szybko nie znalazłby rozwiązania, nie mówiąc już o juniorach, którzy dopiero co zaczęli swoje kariery.

Płomienie świec błysnęły, kiedy myślał. Powiał złowrogi wiatr i wszystkie latarnie znajdujące się na dziedzińcu i w sali zgasły.

Jak tylko to się stało, z zewsząd dobiegły go krzyki ludzi. Każdy zaczął się pchać i szarpać, próbując uciec jak najszybciej, potykając się i przewracając.

Zostańcie na swoich miejscach i nie uciekajcie! Złapię każdego, kto ucieknie! – krzyknął Lan JingYi. Nie mówił tego tylko po to, by zaniepokoić ludzi. W rzeczywistości złe istoty uwielbiały sprawiać problemy w ciemności i czerpać z nich zyski. Im gorszy płacz i chaos, tym bardziej prawdopodobne będzie nieświadome przyciągnięcie niebezpieczeństwa. W takich chwilach niebezpieczne jest bycie samemu albo denerwowanie się. Jednak każdy był przerażony na śmierć, więc jak mogli zwrócić uwagę na takie słowa? Po chwili wszyscy zamilkli. Dało się słyszeć tylko ciche oddechy i delikatne łkanie. Prawdopodobnie w środku zostało tylko kilka osób.

W ciemności nagle zapłonął ogień – Lan SiZhui rozpalił Talizman Płomienia. Nie dało się go ugasić złowrogim podmuchem wiatru. Chłopak szybko podpalił nim świece, a reszta rozeszła się, by pocieszyć pozostałych w sali służących.

W płomieniu świecy Wei WuXian zerknął na swoje ręce. Kolejna rana się zagoiła. Po chwili zdał sobie sprawę, że coś się nie zgadzało.

Pierwotnie na każdym przegubie miał po dwa nacięcia. Jedno się zagoiło po śmierci Mo ZiYuana, a kolejne po zgonie jego ojca. Uduszenie służącego, A-Tonga, uleczyło kolejną ranę. Czyli łącznie powinny się zagoić trzy rozcięcia i zostać jedno, to najgłębsze i wypełnione największą nienawiścią.

Ale obecnie na jego przedramionach nie było żadnych ran.

Wei WuXian wiedział, że pani Mo z pewnością była jednym z celów zemsty Mo XuanYu. Najdłuższe i najgłębsze rozcięcie prawdopodobnie oznaczało właśnie ją. Ale zniknęło.

Czy Mo XuanYu nagle doznał objawienia i postanowił wyzbyć się nienawiści? To niemożliwe. Jego dusza została już poświęcona jako cena za przywołanie Wei WuXiana. Tylko śmierć pani Mo mogła uleczyć ranę. Jego wzrok przesunął się w stronę bladej kobiety, która niedawno się ocknęła i teraz była przez wszystkich otoczona.

Chyba że już była martwa.

Wei WuXian był pewny, że coś opętało ciało pani Mo. Skoro to nie był duch, to co?

Nagle A-Ding krzyknęła:

Ręka… Jego ręka! Ręka A-Tonga!

Lan SiZhui przesunął Talizman Płomienia, by oświetlić ciało służącego. Rzeczywiście jego lewa ręka także zniknęła.

Lewa ręka!

Z prędkością światła umysł Wei WuXiana się rozjaśnił. Wreszcie zdobył ostatni element układanki z siejącą spustoszenie istotą i brakującymi lewymi dłońmi. Wybuchnął śmiechem, przez co Lan JingYi się na niego wydarł.

Ty idioto! Jak możesz się śmiać w takiej sytuacji?!

Ale po chwili zdał sobie sprawę, że przecież to jest idiota, więc po co się z nim kłócić?

Wei WuXian szarpnął go za rękaw.

Nie, nie!

Jakie „nie”? Nie jesteś idiotą? Przestań się wygłupiać! Nikt nie ma czasu, by zwracać na ciebie uwagę. – Zirytowany chłopak wyszarpnął swój rękaw z uścisku szaleńca.

Wei WuXian wskazał na ciała ojca Mo ZiYuana i A-Tonga, które leżały na ziemi, i powiedział:

To nie oni.

Lan SiZhui powstrzymał fukającego pod nosem Lan JingYi i zapytał:

Co masz przez to na myśli?

To nie jest ojciec Mo ZiYuana, a tamto nie jest A-Tong – oznajmił uroczyście Wei WuXian.

Przez swoją wymalowaną twarz, im bardziej uroczyście się zachowywał, tym bardziej wychodził na szaleńca. Ale w słabym blasku świec jego słowa wywołały u wszystkich dreszcze. Lan SiZhui gapił się przez chwilę, po czym zapytał się wbrew sobie:

Dlaczego tak myślisz?

Ich dłonie. Żaden z nich nie był leworęczny. Jestem tego pewny, bo zawsze bili mnie prawymi rękoma – odpowiedział dumnie.

Z czego jesteś taki dumny? Spójrz, jaki jesteś zadowolony! – Lan JingYi splunął, tracąc cierpliwość.

Jednak na skórze Lana SiZhuiego wystąpił zimny pot. Skoro o tym mowa, to A-Tong udusił się lewą ręką, a mąż pani Mo także użył lewej dłoni, by ją odepchnąć. Ale w trakcie dnia, kiedy Mo XuanYu sprawiał kłopoty we wschodniej hali, to prawymi rękoma próbowali się go pozbyć. To niemożliwe, że tuż przed śmiercią nagle stali się leworęczni.

Choć nie wiedział dlaczego, to czuł, że by dowiedzieć się, czym była ta kreatura, muszą myśleć w temacie „lewych rąk”. Jak tylko SiZhui zdał sobie z tego sprawę, to natychmiast w zaskoczeniu spojrzał na Wei WuXiana. Nagle to powiedział… To nie wygląda na zbieg okoliczności.

Wei WuXian tylko się uśmiechnął. Wiedział, że jego wskazówka jest zbyt rozważna, ale nie mógł się powstrzymać.

Jeśli panicz Mo z chęcią mi o tym przypomniał, to na pewno nie miał nic złego na myśl – pomyślał Lan SiZhui, nie zaprzątając sobie tym głowy. Jego wzrok przesunął się na A-Ding, która zemdlała od płaczu, i wylądował na pani Mo. Spuścił oczy na jej dłonie, które w większości skrywały się w szerokich rękawach, odsłaniając tylko połowę palców. Jej prawa ręka miała blade i długie palce, wyraźnie należące do kobiety, która żyła w dostatku i nie przepracowała ani dnia w życiu. Jednak te u lewej dłoni były dłuższe i grubsze, a knykcie zgięte i wypełnione siłą.

To nie była dłoń kobiety, tylko mężczyzny!

Łapać ją! – rozkazał Lan SiZhui.

Kilkoro chłopców złapało panią Mo. Lan SiZhui przeprosił ją i był gotów przykleić do niej talizman, kiedy lewa dłoń kobiety nagle wygięła się w absurdalny sposób, obierając sobie jego szyję za cel.

Żywa osoba nie mogła tak wygiąć ramienia, chyba że miała połamane kości. Zaatakowała szybko i prawie go dorwała, kiedy Lan JingYi krzyknął hej! i rzucił się przed niego, blokując atak.

Gdy tylko ręka złapała ramię Lana JingYi, błysnęło i zapłonął zielony ogień, przez co natychmiast poluzowała uścisk. Lan SiZhui uniknął śmierci i już miał podziękować swojemu towarzyszowi, kiedy zobaczył, że połowa jego stroju zdążyła spłonąć, co wyglądało dość niezręcznie. Lan JingYi zdjął z siebie drugą połowę i powiedział z wściekłością:

Dlaczego mnie kopnąłeś, wariacie? Chcesz mnie zabić?

Wei WuXian uciekł jak przerażony szczur.

To nie byłem ja!

To był on. Wewnątrz wierzchniej szaty sekty Lan znajdowały się skomplikowane hafty inkantacji wyszyte w tym samym kolorze, zawierające także zaklęcia ochronne. Jednak w obliczu czegoś tak silnego mogły zostać użyte tylko raz, zanim stały się niezdatne do użytku. Więc mógł tylko kopnąć Lana JingYi na bok i własnym ciałem zasłonić szyję SiZhuiego.

Lan JingYi znowu chciał go złajać, ale ciało pani Mo upadło na podłogę, a krew i mięso powoli zostały z niej wyssane, dopóki nie zamieniła się w kościotrupa przykrytego cienką warstwą skóry. Męskie przedramię odpadło od jej łokcia, rozciągając palce jakby w ćwiczeniach, a puls żył był wyraźnie widoczny.

To tę istotę przywołały Flagi przyciągania duchów.

Rozczłonkowanie było klasycznym przykładem tragicznej śmierci. To tylko odrobinę dostojniejsza śmierć od tego, co spotkało Wei WuXiana. W przeciwieństwie do niego, który został zgnieciony w pył, pozostałe części ciała stają się skażone złością zmarłego i pragną połączyć w całość, by spocząć na wieki jako jeden trup. Dlatego członki wymyślają różne strategie, by odnaleźć resztę siebie. Jeśli im się powiedzie, to może będą zadowolone i odejdą w spokoju, albo mogą zacząć szukać kłopotów. Gdy nie mogą znaleźć się nawzajem, to zadowolą się alternatywą.

Czym jest ta alternatywa? To egzystencja na ciałach żywych ludzi.

To tak, jak z tą lewą ręką – zjedz kończynę żywej osoby i ją zastąp. Potem porzuć ciało po wyssaniu całej krwi i energii życiowej, by znaleźć nową ofiarę, dopóki nie zbierzesz wszystkich części swojego ciała.

Kiedy pasożyt opętuje osobę, to ta natychmiast umiera. Jednak zanim wszystkie kąski nie zostaną pożarte będzie funkcjonowała pod jego kontrolą, jakby nadal żyła. Po przyciągnięciu przez flagę na pierwszą ofiarę obrał sobie Mo ZiYuana. Kolejną był jego ojciec. Kiedy pani Mo kazała mu odejść, to zachował się inaczej niż zwykle i ją popchnął. Pierwotnie Wei WuXian sądził, że to ze smutku po śmierci syna i zmęczenia arogancją żony. Jak teraz o tym pomyślał, to nie tak powinien wyglądać ojciec, który właśnie stracił syna. To nie była obojętność wynikająca z bezradności. To zabójczy spokój – spokój, który mogła osiągnąć tylko martwa osoba.

Trzecim obiektem był A-Tong, a czwartym pani Mo. W trakcie chaosu wywołanego zgaszeniem świec duchowa ręka przeniosła się na jej ciało. Z jej śmiercią zniknęło ostatnie nacięcie na przegubie Wei WuXiana.

Młodzieńcy z rodziny Lan zauważyli, że choć talizmany nic nie dawały, to ich ubrania już tak, więc wszyscy zdjęli szaty wierzchnie, by przykryć ramię. Warstwy odzieży wyglądały jak biały kokon. W ciągu kilku sekund kula ubrań zapłonęła z szumem, tworząc zielone, anormalne morze ognia. Choć na chwilę podziałało, to wkrótce wszystko spłonie co do ostatniego skrawka materiału, a demoniczna ręka wyłoni się z popiołów. Kiedy nikt nie patrzył, Wei WuXian pobiegł w stronę zachodniego dziedzińca.

Około dziesięciu żywych trupów, które zostały ogłuszone przez kultywatorów, stało na środku dziedzińca, zapieczętowane narysowanymi na ziemi inkantacjami. Mężczyzna starł jeden z symboli, niszcząc całą formację i dwukrotnie klasnął. Nagle białka wszystkich trupów przesunęły się w górę, jakby ocknął ich trzask pioruna.

Obudźcie się, pora wziąć się do roboty! – powiedział Wei WuXian.

Przeważnie nie potrzebował skomplikowanych czarów, by kontrolować te marionetki – wystarczało proste polecenie. Stojące przed nim trupy zrobiły kilka chwiejnych kroków. Ale gdy zbliżyły się do Wei WuXiana, ich kolana zasłabły i upadły na ziemię, jakby były prawdziwymi ludźmi. Jednocześnie go to śmieszyło i irytowało. Klasnął ponownie, tym razem lżej. Te żywe trupy prawdopodobnie urodziły się i umarły w wiosce Mo, nie doświadczając pełni życia. Instynktownie słuchały się rozkazów kultywatora, ale jednocześnie się go bały, dlatego leżały przerażone na ziemi.

Im okrutniejsza istota, tym lepiej Wei WuXian mógł ją kontrolować. Te żywe trupy nie były przez niego szkolone i nie mogły znieść jego bezpośredniej manipulacji. Nie miał ze sobą żadnych materiałów, dlatego nie mógł natychmiast stworzyć przedmiotów, które by je uspokoiły. Nie mógł nawet pogrzebać, by cokolwiek złożyć z poniewierających się śmieci. Ciemnozielone płomienie powoli gasły. Nagle Wei WuXianowi przyszło coś do głowy – po co miałby wychodzić na zewnątrz, by znaleźć zmarłego o okrutnej i nienawistnej osobowości?

W sali był nie tylko jeden, ale kilka takich trupów!

Wrócił biegiem. Rozwiązanie Lana SiZhuiego właśnie zawiodło, ale on miał już nowy plan. Adepci wyciągnęli miecze i wbili je w ziemię, tworząc ogrodzenie. Ręka wpadła w nie z impetem, a oni władowali całą swoją energię w rękojeści mieczy, by żaden się nie złamał, i nie zwracali uwagi na otoczenie. Wei WuXian wszedł szybko do sali, złapał zwłoki pani Mo i Mo ZiYuana, mówiąc do nich cicho:

Obudźcie się!

W ułamek sekundy białka jego krewnych przekręciły się w górę. Oboje zaczęli wydawać z siebie piskliwe i głośne wrzaski, które były charakterystyczne dla świeżo przywróconych do życia dzikich trupów. Pośród hałasu inne ciało zadrżało i się podniosło, jęcząc najciszej. Był to mąż pani Mo.

Ich wrzaski były wystarczająco głośne, a nienawiść odpowiednio silna. Wei WuXian uśmiechnął się zadowolony.

Rozpoznajecie tamtą rękę? Rozedrzyjcie ją na strzępy – rozkazał.

Trzej członkowie rodziny Mo wybiegli jak chmury czarnego wiatru.

Lewa ręka uszkodziła jeden z mieczy i już miała się wydostać, kiedy trzy okrutne trupy bez lewych przedramion się na nią rzuciły.

Nie tylko nie byli w stanie oprzeć się rozkazowi Wei WuXiana, ale nienawidzili też kreatury, która ich zabiła, więc pragnęli wyładować na niej swoją złość. Głównym atakującym była bez wątpienia pani Mo. Trupy kobiet przeważnie były wyjątkowo dzikie po ożywieniu. Jej włosy wymsknęły się z upięcia, a oczy były przekrwione. Z wielokrotnie wydłużonymi paznokciami, pianą na ustach i wrzaskach mogących obudzić zmarłych wyglądała wyjątkowo szalenie. Mo ZiYuan prawie jej dorównywał, uzupełniając jej ataki ugryzieniami i uderzeniami. Na końcu był ojciec, który wykorzystywał każdą szparę między ich atakami. Zmęczeni chłopcy ogłupieli z zachwytu.

O walkach pomiędzy wieloma dzikimi kreaturami czytali tylko w książkach i słyszeli z pogłosek, więc wszyscy otworzyli szeroko usta ze zdziwienia, po raz pierwszy widząc tak krwawą scenę. Nie mogli odwrócić wzroku i wszyscy myśleli, że to… Totalnie ekscytujące!

Trupy i ręka trwały w zażartej walce, kiedy Mo ZiYuan nagle przesunął się na bok. Wróg zaatakował jego brzuch, przez co kawałki flaków wysypały się na ziemię. Jak pani Mo to zobaczyła, to zaczęła wrzeszczeć bez ustanku, zasłaniając syna swoim ciałem. Jej ataki stały się jeszcze bardziej brutalne, a siła jej palców porównywalna do mocy broni ze stali. Ale Wei WuXian wiedział, że powoli przegrywała.

Nawet trzy okrutne trupy nie były w stanie zapanować nad jednym przedramieniem!

Wei WuXian uważnie przyglądał się walce. Jego język był lekko wygięty, przygotowując się do wydania ostrego gwizdu. Wywołałby jeszcze więcej okrucieństwa w trupach, co mogłoby odwrócić sytuację. Ale wtedy ciężko byłoby ukryć, że to jego sprawka. W mgnieniu oka ręka poruszyła się błyskawicznie, bezlitośnie łamiąc kark pani Mo.

Obserwując zbliżającą się porażkę rodziny Mo, Wei WuXian już miał wypuścić z siebie gwizd tłumiony pod językiem. Jednak w tym samym czasie z daleka nadeszło echo brzdąknięć instrumentu strunowego.

Dźwięk brzmiał, jakby był grany przez człowieka. Jego tembr był nieziemski i czysty, niosąc ze sobą ponury chłód sosen targanych wiatrem. Słysząc go, walczące ze sobą istoty natychmiast zesztywniały.

Chłopcy z sekty GusuLan natychmiast zaczęli uśmiechać się szeroko, jakby odrodzili się na nowo. Lan SiZhui wytarł krew z twarzy i uniósł głowę, szczęśliwie oznajmiając:

HanGuang-Jun1!

Jak tylko Wei WuXian usłyszał odległe dźwięki guqinu2, to natychmiast odwrócił się, by odejść.

Nadszedł kolejny dźwięk szarpniętej struny. Tym razem ton był wyższy, przeszywając niebo kilkoma stopniami goryczy. Dzikie trupy cofnęły się i prawą ręką zasłoniły jedno ucho. Jednak w ten sposób nie dało się zagłuszyć Tonu wytępienia sekty GusuLan. Cofnęły się o kilka kroków, a z ich czaszek dobył się pękający dźwięk.

Ramię wytrwało właśnie ciężką walkę, więc po usłyszeniu melodii natychmiast padło na ziemię. Choć jego palce drżały, to nie było w stanie się poruszyć.

Po chwili milczenia adepci głośno zawiwatowali, celebrując radość z przeżycia tego incydentu. Zmagali się przez całą ekscytującą noc, a teraz nareszcie nadeszła pomoc z ich sekty. Nawet jeśli zostaną ukarani za złamanie jednej z zasad – „bycie nieuprzejmym i hałasowanie jest szkodliwe dla reputacji sekty” – to ich to nie obchodziło.

Lan SiZhui pomachał do księżyca i nagle zdał sobie sprawę, że ktoś zniknął. Szarpnął lekko za rękaw Lana JingYi.

Gdzie on jest?

Lan JingYi był zaabsorbowany aktem okazywania radości.

On? O kogo ci chodzi?

O panicza Mo.

Hmm? Dlaczego szukasz tego wariata? Kto wie, gdzie go wywiało. Pewnie się przestraszył moich gróźb – odpowiedział Lan JingYi.

– … – Lan SiZhui wiedział, że Lan JingYi zawsze był beztroski i szczery, nie myśląc dwa razy o tej samej rzeczy i nikogo nie podejrzewając. Poczekam na przyjście HanGuang-Juna i o wszystkim mu opowiem pomyślał.

Wioska Mo nadal spała, ale ciężko było powiedzieć, czy to prawdziwy sen, czy sztuczny. Choć walka między trupami była pełna krwi i flaków, to nikt z mieszkańców się nie obudził, by przyjść popatrzeć. W końcu nawet widzowie musieli zdecydować, na których wydarzeniach się pojawić. Takie, w którym udział brały dzikie wrzaski na pewno nie było najbezpieczniejsze.

Wei WuXian jak najszybciej zatarł w pokoju ślady po rytuale ofiarnym i natychmiast wybiegł. Tak się złożyło, że osoba, która przybyła, była niestety z sekty GusuLan, a co gorsze, tak przypadkiem był to Lan WangJi!

Był to ktoś, kto wcześniej z nim walczył, więc powinien się jak najszybciej wycofać. Spieszył się, by znaleźć wierzchowca i jak przebiegał przez podwórko, to zobaczył kamienny toczak młyński. Przywiązano do niego osła, który żuł trawę. Zwierzę było zszokowane, patrząc na niego z boku w ludzki sposób, kiedy zobaczyło, jak szaleńczo zaczął biec w jego stronę. Wei WuXian nawiązał z nim krótki kontakt wzrokowy i natychmiast się wzruszył malutką ilością pogardy widoczną w jego oczach.

Spróbował wywlec go za sznur, ale osioł zaczął głośnym rżeniem narzekać na to traktowanie. Więc Wei WuXian musiał użyć jednocześnie słów i siły, by go oszukać i pociągnąć do drogi głównej. Z nadejściem świtu podążyli w dal.


1  HanGuang-Jun – dosłownie Niosący Światło; Jun to zwrot grzecznościowy wobec kogoś szanowanego.

2  Guqin – chiński instrument strunowy z rodziny cytr.

Tłumaczenie: Ashi

Jedna myśl na temat “Mo Dao Zu Shi

Dodaj komentarz

https://dracaena.webd.pl/wp-content/plugins/wp-monalisa/icons/wut.png 
https://dracaena.webd.pl/wp-content/plugins/wp-monalisa/icons/owo.png 
https://dracaena.webd.pl/wp-content/plugins/wp-monalisa/icons/no.png 
https://dracaena.webd.pl/wp-content/plugins/wp-monalisa/icons/omo.png 
https://dracaena.webd.pl/wp-content/plugins/wp-monalisa/icons/02.gif 
https://dracaena.webd.pl/wp-content/plugins/wp-monalisa/icons/04.gif 
https://dracaena.webd.pl/wp-content/plugins/wp-monalisa/icons/09.gif 
https://dracaena.webd.pl/wp-content/plugins/wp-monalisa/icons/15.gif 
https://dracaena.webd.pl/wp-content/plugins/wp-monalisa/icons/21.gif 
https://dracaena.webd.pl/wp-content/plugins/wp-monalisa/icons/25.gif 
https://dracaena.webd.pl/wp-content/plugins/wp-monalisa/icons/28.gif 
https://dracaena.webd.pl/wp-content/plugins/wp-monalisa/icons/23.gif 
https://dracaena.webd.pl/wp-content/plugins/wp-monalisa/icons/06.gif 
https://dracaena.webd.pl/wp-content/plugins/wp-monalisa/icons/07.gif 
https://dracaena.webd.pl/wp-content/plugins/wp-monalisa/icons/19.gif 
https://dracaena.webd.pl/wp-content/plugins/wp-monalisa/icons/11.gif 
 

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.